„Prąd poraził jego życie”
W marcu zeszłego roku Tadeusz Banach (48 lat), rolnik ze wsi Wolkowe koło Myszyńca, chciał
jechać motorem do
sołtysa, aby oddać mu przyrząd do kolczykowania zwierząt. Kiedy zakładał kask, zauważył że w kuchni na chwilę zgasło światło. Wsiadł jednak na motor i szutrową drogą jechał do sołtysa. Kiedy po kilometrze wjechał w zakręt, nagle ujrzał błysk i stracił przytomność. Okazało
się, że najechał na zerwaną i wiszącą nad ziemią linię średniego napięcia.
Obecnie Pan Banach ma amputowaną lewą rękę i nadal cierpi z powodu źle gojących się ran. Dwadzieścia hektarów ziemi muszą teraz obrabiać żona i dziewięcioro dzieci w wieku od 3 do 17 lat. Dorabiają zbierając w lesie jagody i grzyby. Ale co będzie, jak zacznie się rok szkolny?
Kilkanaście minut przed wypadkiem Banacha tą samą drogą, tylko już wracając od sołtysa, jechała mleczarka. Jej kierowca zaczepił lusterkiem o zwisającą linię energetyczną. Wtedy u Banacha zgasło światło. Awarię pokazały czujniki w Zakładzie Energetycznym w Myszyńcu, ale po chwili prąd włączył się automatycznie. Mleczarz doznał szoku, ale zdołał wrócić się do sołtysa, który zadzwonił do zakładu z żądaniem wyłączenia prądu. Usłyszał jednak, że nie ma kogo wysłać do usunięcia awarii, bo wszyscy pracownicy są w terenie. Kiedy wybiegł na drogę, by ostrzec ludzi, było już za późno. Widział jak przez ciało Banacha przeszło 15 tysięcy woltów. Myślał, że zginął na miejscu, więc zawrócił do domu by zadzwonić po karetkę. Zobaczył jednak, ze ten się podnosi, więc zawiózł go samochodem naokoło, przez pole, do karetki.
Do Banacha przez 42 dni, które spędził w szpitalu, nie pofatygował się z zakładu energetycznego nikt, aby przeprosić i zadośćuczynić. Kiedy później sam się tam pofatygował, zasugerowano mu że być może on sam to zrobił w celu wyłudzenia odszkodowania. W końcu zaproponowano mu 5 tys. zł.
Mleczarzowi zakład odkupił 6 opon. Banach za namową policji w grudniu założył sprawę cywilną. Żąda 500 tys. zł odszkodowania i dożywotniej renty.