Znam dużo ciekawych opowiastek z tego okresu.
Jeśli teksty znajdą zainteresowanie, będę opisywała dalej, bo
to jeszcze nieskończona historia.
Mój dziadek Leon był świetnym gawędziarzem.
Znał dużo i wiedział dużo, a ja potrafiłam słuchać.
Spróbuję opisać pewne zdarzenie.
Nie raz rozmyślam, czemu mój dziadek tak często wybierał się na konne przejażdżki do lasu.
Budzi to moje zaciekawienie. Gdyby żył zdradziłbytę tajemnicę. Opisany fakt, zdarzył się na kilka dni przed wigilią w 1946 roku. Dziadek wracał wtedy z Parczewa lasem bo tak było dużo krócej. Niby pojechał na targ i zatrzymał się na dłużej u kolegi. Czemu
jednak odciągał powrót do późnego wieczoru? Wtedy babci nie powiedział. Podróżowanie pod płaszczem nocy i to kilkanaście kilometrów napewno nie należało do przyjemności a bynajmniej nie było bezpieczne.
Jechał tak opatulony kilkoma kożuchami i był już blisko tej leśnej " zaczarowanej" rzeczki, którą ja teraz tak chętnie odwiedzam. Nagle dziadek zauważył ludzi kręcących się na mostku.
Opowiadał, że ze strachu nie czuł zimna. Nie mógł już jednak zawrócić. Nie wykręciłby saniami na tak na wąskim gościńcu. Nijak było... Śnieg uniemożliwiał taki manewr. Musiał jechać wprost przed siebie. Doszło więc do spotkania z leśnym oddziałem, przez "innych" nazywanym bandytami.
Była togrupa włodawskiego obwodu WiN zwanych "Zaporożcami". Mówił, że byli to chłopcy sympatyczni i inteligentni. Żadne tam zbiry! Oddział liczył około 60 – ciu młodych mężczyzn.
Jeden z nich przedstawił się, jako dowódca, jednak nie podał nazwiska. Potem dziadek zobaczył porozwieszane w miasteczku plakaty a na nich tych leśnych przywódców, braci: "Jastrzębia" i " Żelaznego". Zbliżała się wigilia więc urządzili sobie takie spotkanie na leśnym mostku.
Potem mieli rozejść się do swoich rodzin. Łamali się opłatkiem i zaprosili dziadka, jako gościa. Dziadek wiózł na saniach kilka bochenków parczewskiego chleba, trochę wędzonki i machorkę. Chłopcy byli głodni i zziębnięci więc poczęstował ich.
Właściwie to oddał im wszystko miał. Musiał się też im przedstawić i powiedzieć gdzie mieszka oraz przyrzec, że nikomu nie powie o tym spotkaniu.
Dopiero po kilkudziesięciu latach opowiedział o tym zdarzeniu swojej żonie Annie, a mojej babci...