Nie można było ocalić wielu. Byłem bezwzględny, mówi o sobie Edelman. Pracując, jako goniec w szpitalu miał za zadanie selekcjonować
ludzi idących do transportu, wyprowadzać chorych. Nasi ludzie wyławiali tych, których należało uratować, a ja ich, jako chorych, wyprowadzałem. Edelman, musiał wybierać, kogo chciał ocalić.
Jednak, po mimo wszechogarniającej apatii, znudzenia, może nawet częściowego pogodzenia się z wydawałoby się „nieuchronnym” losem, ludzie, znajdujący się w getcie potrafili zdobyć się na okazywanie pewnych zwykłych, ale i pięknych zarazem uczuć. Umieli działać, starać się, pracować nad jakimś „możliwym” rozwiązaniem. Działanie było jedyną szansą przetrwania. Bierność oznaczała pewną śmierć. Przede wszystkim jednak nie zapomnieli jak kochać drugą osobę. Garnęli się do siebie, jak nigdy przedtem. Potrzebowali
kogoś, kto mógłby dodać im otuchy w tym trudnym momencie. Osoby, potrafiącej zrozumieć, czy pocieszyć. Wiedzieli, jakim niezwykłym skarbem jest posiadanie kogoś, kto gotów jest zasłonić twój brzuch własną ręką. Pobyt Edelmana w getcie oraz wszystko to, co tam się wydarzyło miało ogromne znaczenie w dalszym życiu tego człowieka. Tragedia, której był świadkiem, bestialstwo i okrucieństwo przepełniające getto (np. zbiorowy gwałt Ukraińców na młodej dziewczynie), niegodziwość, próba ośmieszenia i upodlenia ludzi (dawanie gminie tzw. „numerków życia”) spowodowały, że ostatni przywódca powstania musiał po wojnie „ochłonąć”. Pozbyć się tego piętna, tych okropnych wspomnień. Przesypiał całe dni i tygodnie. Czegoś mu brakowało. Na coś wciąż czekał. (...)wciąż mi się zdawało, że jeszcze coś muszę zrobić, gdzieś iść, że ktoś na mnie czeka i trzeba go ratować (...) Ostatecznie podjął studia medyczne. Uświadomił sobie, że jedynie wykonując zawód lekarza może pomagać ludziom.