Każdy film z dowcipnymi dialogami i cieniem miłosnej historii określa się dziś jako komedię romantyczną - nawet jeśli z komedią
ma niewiele wspólnego,a tym bardziej z romantyzmem. Są również tacy, którzy uważają, że komedią romantyczną jest każdy film z Hugh Grantem. Wynika z tego, że "Był sobie chłopiec" również jest komedią romantyczną, bo bywa tu śmiesznie, jest o miłości i występuje Hugh Grant. Tym razem aktor wciela się w Willa, urokliwego, nieźle uposażonego, utalentowanego nieroba, który zajmuje się podrywaniem samotnych matek. I by być bardziej wiarygodnym - czyli bardziej atrakcyjnym - udaje samotnego ojca. Wszystko się zmienia, gdy poznaje 12-letniego Marcusa, który ma problemy w domu i w szkole. Hugh Grant doskonale się odnajduje w komediach romantycznych ("Cztery wesela i pogrzeb", "Norhing Hill"), ale w "Był sobie chłopiec" z rownym talentem przykłada się do dekompozycji gatunku. W tym filmie wszystko jest dwuznaczne: od tytułu (nie wiadomo kto jest tym chłopcem - Marcus czy niedojrzały Will), przez postawę bohatera (wykorzystywanie samotnych matek), po sama akcję (zaczyna się jako komedia romantyczna, przechodzi w dramat, by dryfować w stronę melodramatu). Film według powieści Nicka Hornby'ego był nominowany do Oscara za scenariusz adaptowany.