Oglądając pierwszą, drugą i trzecią część "Piły" można się nawet zastanowić nad swoim życiem. Film bowiem
do tego nawiązuje, i trzeba przyznać, że sam Pan Układanka jest w tym dobry. Horrorem napewno nie jest, choć momentami wstrząsający, zaliczyć go można do thrillerów lub coś w tym stylu. Fabuła? Zwięzła i prosta: człowiek który staje przed nieuchronną swoją śmiercią zdaje sobie sprawę, że w życiu nie ma replay. Patrzy na świat przez pryzmat zbawiciela losu człowieka. Poprzez swoją morderczą grę pokazuje ofiarom jak widzi on ich życie, dając im wybór. A żeby nie było tak kolorowo, wszystkie ofiary giną w trzech pierwszych częściach. I tu zaczyna się fabuła psuć, bo scenariusz trochę się zakręca, więcej gadania niż działania. W czwartej części Piła ma już pomocnika- dziewczynę która się uratowała. Jest ona zapatrzona w niego jak w święty obrazek, co prowadzi ją do obsesji na jego punkcie. Akcja jest zwolniona, wydaje się, że film nie jest już w stanie nas zachwycić. Umiera Piła i jego wierna pomocnica. Kto będzie kontynuował dzieło mistrza? Łatwo to przewidzieć. W piątej części ocalała ofiara z poprzedniej gry Mandylor poprowadzi dalej pałeczkę. Tylko, że to nie jest już to do czego się przyzwyczailiśmy. Kiepska fabuła nie trzyma się kupy, poplątane z pomieszanym. Nie bardzo wiadomo o co kamman? Widać, że kontynuator wielkiego dzieła Piły nie poradzi sobie z dalsza grą.
No cóż, scenografom brakło pomysłów na dobry temat, albo za bardzo odpuścili, mysląc, że sam tytuł odwali za nich to co zakładali.
Co można powiedzieć tej serii odcinków "Piły"? Tak jak w układance czas dobiegł końca.