DLACZEGO WOLĘ GÓRY
Właśnie przed chwilą prezenter radiowy zapowiedział, że lato
tego
roku będzie wyjątkowo udane. I gdyby nie odrobina zdrowego rozsądku w
mojej, co tu dużo pisać, urlopowej już głowie, uznałabym to za proroczą wróżbę
i w ciemno, totolotkowym systemem typowań-czyli na chybił trafił, wybrałabym z
kalendarza dowolny rządek liczb, by wreszcie wyjechać gdzieś na upragnione
wakacje. Tak było w zeszłym roku. Zawierzyłam przepowiedniom, wyjechałam i
wróciłam z bagażem przerażających doświadczeń i przemoczonych ubrań. Padało
przez cały lipiec… Tym razem jestem ostrożniejsza. Słucham porad specjalistów w
dziedzinie meteorologii. Termin urlopu to sprawa najwyższej wagi. Ale kiedy już
mamy ten podstawowy problem z głowy, pojawia
się pytanie, gdzie spędzić
wakacje. Zazwyczaj owo zagadnienie ogranicza się do wyboru między morzem, a
górami.
W zeszłym roku namiętnie uczęszczałam na fitness do
pobliskiego klubu. Wytrwale chodziłam na każde zajęcia, mało tego, w weekendy
chodziłam na siłownię i zawzięcie szlifowałam swoje, bądź co bądź, nie za duże
mięśnie , a przede wszystkim nadużywałam kontaktów z siłownianym atlasem.
Wszystko po to, by nie dać szans tym kilku kaloriom sukcesywnie przybywającym
po każdej wizycie w redakcyjnym barze. Zatem ćwicząc, uparcie prowadziłam
nieustanną walkę z kolejnymi
nieprzewidzianymi kilogramami i niekontrolowaną warstwą tłuszczyku na brzuszku.
Wszystko robiłam po to, by latem na plaży nie wyglądać jak lew morski, bądź, co
bądź pasujący do plażowych krajobrazów. Zresztą, przed każdymi wakacjami budzi
się we mnie świadomość, że moja obecna figura, do tej wymarzonej ma się
dokładnie tak jak brukselka do marchewki. Dieta nie wchodzi w grę, bo zamiast
silnej woli matka natura obdarzyła mnie słomianym zapałem, za co niestety nie
mogę jej dziękować…
W tym roku na moje nieszczęście zamknęli pobliski klub ze
względów finansowych i skończyło się moje usportowienie, nawet mimo tego, że w
pobliżu mojego domu jest jeszcze kilka takich. Dodam, że z klubu powstał sklep
samoobsługowy, gdzie szczególnym powodzeniem cieszy się szynka z Łysych (ta
nazwa to chyba jakiś podejrzany chwyt marketingowy). Moja sportowa zażyłość zakończyła się definitywnie i jak na dzień
dzisiejszy nieodwracalnie. Uznałam, że jestem samowystarczalna…
Zatem licząc na siebie, tak, tak, mama mi zawsze powtarzała:
„Umiesz liczyć-licz na siebie”, starałam się dzielnie ograniczyć wszelkie
pokusy, a mam tu na myśli przede wszystkim słodycze. Ale jak już wcześniej
wspominałam, mam słomiany zapał i w efekcie przybywało mi kilogram, po
kilogramie... Nauczona przez telewizję, że chude jest piękne, dzielnie
podejmowałam kolejną próbę walki, ale rezultaty są raczej inne, niż moje
początkowe założenia. Dlatego też wydaje mi się, że w tym roku wybiorę się na wakacje
w góry...
Więcej streszczeń na temat Felieton-dlaczego wolę góry