Cierpienie to ból. Ból, który towarzyszy nam od pierwszej minuty życia; minuty, która to życie daje, a zarazem zabiera je
i skraca. To zasada. To reguła. To norma życia. Nieodłączny jego element. Gdzieś w wyobraźni słyszę cichy płacz nonkonformisty... Więc czy bunt przeciwko cierpieniu jest pozbawiony sensu?! Czy to marny trud ludzkiej jednostki? Czy to naiwny wysiłek głupca?! Przecież przyjemność sama przez
się jest dobrem, a
cierpienie złem... Stefan Chwin swoje uzasadnienie, że nie warty zachodu jest nasz bunt przeciw wszelkim cierpieniom, usprawiedliwia przede wszystkim tym, do czego doszli już kiedyś wielcy myśliciele – cierpienie daje prędką dojrzałość i wzbogaca, gdyż chwila głębokiej boleści więcej nas uczy niż wiele dni radości. Być może to i prawda. Nikt chyba nie zaprzeczy, że „Charakter oszlifowany cierpieniem ma wartość brylantu”. Z drugiej jednak strony, w czym muszę również przyznać rację Karolowi Bunschowi „Gdyby cierpienie uszlachetniało, byłoby cnotą je zadawać”... A nikt nie ma takiego prawa i przyzwolenia. A może warto uodparniać się złem na zło? Skoro nasze cierpienie to środek, który wprowadzony do naszego życia potrafi zahartować... czasem daje nawet siłę; wyzwala w człowieku postawę, w której gotowy jest do walki o własne dobro. Nawet jeśli czasem się nie udaje... Jeszcze jednym argumentem Stefana Chwina, który nadaje sens wypowiedzi o beznadziejnej walce jest sam fakt, że nasze życie to tylko radości i cierpienia; szczęście i ból. Tak, jak nie można żyć tylko wiecznym cierpieniem, tak i nie można żyć tylko i wyłącznie szczęściem. Cierpienie, to coś nieuniknionego; to coś bezwzględnego, coś, co czyha na każdego z nas... To po prostu jeden z warunków niewidzialnego kontraktu na życie. Mówiąc, że życie jest piękne zgadzamy się na wszystko, nawet musimy zaakceptować nieszczęście. Dlatego, choć może to niebywale zabrzmi, nie raz cierpienie jest dla nas czymś przynoszącym... szczęście; nie na darmo przecież wypłynęły słowa z ust Elberta Hubbarda: „Jeśli cierpisz – podziękuj Bogu, bo to znaczy, że żyjesz”. Jest jednak druga strona medalu, która kiedy mówimy o cierpieniu ujawnia się, ale znacznie przyciemnia argumenty Chwina. Jest to desperacka walka; i choć jest to przytłumiony przez wielkość przeznaczenia bunt „małych” ludzi, niewyobrażalne jest, by choć przez chwilę, by choć raz nie przeciwstawić się porażce i bądź co bądź niesprawiedliwemu losowi. Co do tej niesprawiedliwości również moglibyśmy negować i rozważać wiele aspektów, ale zakładamy, że przecież cierpienie nie byłoby tak bolesne, gdyby każdy z nas znosił ten sam ból, w takiej samej mierze. Tak jednak nie jest. Nietrudno zauważyć, że wiele razy zadajemy sobie te same, nurtujące choć retoryczne pytania, kiedy dotyka nas coś niedobrego: „dlaczego akurat ja?”, „dlaczego tylko mnie to spotyka?”, „za jakie grzechy?” albo „co ja takiego zrobiłem?”... Pozostaje nam desperackie przeciwstawienie się; desperacka walka, nam – ludziom tak niepokornym. To w końcu „W nieugiętym proteście przeciwko złu kryje się cała sól życia” jak powiedział Antoni Czechow. Ale nie ma też takiej krzywdy, której nie można przebaczyć, a za taki dar, jakim jest życie, uwierzcie, można znieść wiele. Swoje racje i miejsce, choć bardziej gdzieś pośrodku, niż po którejś ze stron ma nieco epikurejska postawa, o której wspomina Thomas Jefferson – że „Sztuka życia, to sztuka unikania cierpień”. Można by stwierdzić, że drzemie w tym jakaś cząsteczka racji, biorąc jednak pod wgląd wcześniejszy argument, kłóci się ona z naszą codzienną rzeczywistością... Ciężko i niechętnie patrzymy też na czyjeś cierpienie. Jest ono wtedy i dla nas pewnym ciężarem. Wspominając o cierpieniu ująć warto i inne, które może i dla kogoś, kto to znosi, nie jest wcale drastyczne, ale dla obserwatora może być nie lada ciosem. Mowa o cierpieniu nieświadomym, któremu nie mamy nawet szans się przeciwstawić. My, z reguły, jesteśmy bardziej niedoinformowani o naszym cierpieniu, ale coś, co może nas krzywić nieświadomie, jest widokiem znacznie godzącym. Wtedy, kiedy nie zdajemy sobie sprawy, może coś na nas wpływać bez naszej wiedzy. Utajone – nie kaleczy nas świadomie, ale i tak krzywdzi. Aby bardziej przybliżyć tę kwestię warto przytoczyć tu wreszcie literacki przykład, który w innych przypadkach jest i tak zbędny, a trudny w selekcji; cierpi przecież każdy z nas... Dla skojarzenia jednak pewnych faktów, które mogą być trudne do wyodrębnienia powołać się możemy na tak znaną postać, jak figura profesora Rafała Wilczura (wykreowanego przez Dołęgę – Mostowicza) – słynnego chirurga, który w wyniku nieszczęśliwych okoliczności traci tak naprawdę kontakt z samym sobą, bo ze swoim prawdziwym „ja”. Nie zna swojej tożsamości. Jeszcze przed wypadkiem cierpi, ale po – nieświadomy co utracił, rozpoczyna życie, choć tak naprawdę nie wie, co ze sobą zrobić; utracił wiele – żoną, córkę, dom, tożsamość – jednym słowem kilkadziesiąt przeżytych lat. Zaprezentować można również inną opcję, z którą ciężko się tak do końca zgodzić. Zaznajamia nas z nią Francoise Sagan, który mówi: „co za bzdura, że cierpienie wzbogaca. Znacznie więcej uczymy się, kiedy jesteśmy szczęśliwi”. Cóż... każdy ma prawo do własnego zdania. Wydaje mi się, że trudno nauczyć się czegoś o życiu tylko chwilami szczęścia, w dostatku i bez spojrzenia prawdzie w oczy. A prawda... życie boli, i nie da się jej ukryć, zamaskować lub udawać, że nie istnieje. Zwyczajną koleją rzeczy jest to, że „kto biegnie za przyjemnością, chwyta cierpienie. Trzeba do tego po prostu przywyknąć i nie dać się, bo życie bez odrobiny goryczny, to jak czekolada bez smaku słodkości, sen, który nie daje odpoczynku, czy woda, która nie zaspokaja naszego pragnienia. ...To po prostu jeden z warunków niewidzialnego kontraktu na życie. Tym samym, mówiąc, że życie jest piękne, musimy zgodzić się na wszystko... A życie... przecież jest piękne. Oj, jest...