• Zarejestruj się
  • ‎Co to jest Shvoong?‎
  • Zaloguj się
    Zaloguj się
    Zapamiętaj moją nazwę użytkownika Nie pamiętasz hasła?

Streszczenia i krótkie recenzje

.

.

Gombrowicz w teatrze

autor : bepege     

Autor : B. Pacak-Gamalski
Powered by Profi-Lingua
Gombrowicz był Wielkim Prześmiewcą zarośniętych kurzem stuleci Tradycji i Świętości Narodowych. Był do pewnego stopnia współczesnym
biskupem Krasickim, – ale było by to zbyt proste wyjaśnienie skomplikowanych muz gombrowiczowskich, bo twórczość jego wyrosła poza ramy samej satyry. Świetnie się też stało, że reżyser spektaklu, Jerzy Kopczewski, wybrał dwie dość odległe od siebie powieści, jako kanwę teatralnej inscenizacji. “Ferdydurke” powstała w pierwszym, przedwojennym okresie twórczości pisarza i posłużyła do 1 aktu “Pół błazna pół panicza”. Akt 2 to inscenizacja powstałego już na emigracji “Trans-Atlantyku”. O ile “Ferdydurke” to walka o uwolnienie się z niedorosłości indywidualnej bohatera ( w obu powieściach bohaterem jest pisarz- gombrowicz), walka z jego osobisto-rodzinną historią i tradycją, o tyle “Trans-Atlantyk” jest już konfliktem psyche zbiorowej, narodowej. Obie te powieści spinają pewną klamrą czasów twórczość autora “Operetki”. Jeśli już słowo “operetka” padło, warto je w kontekście i przedstawienia i twórczości Gombrowicza rozwinąć. Cechuje je właśnie specyficzna operetkowość sposobu rysowania sytuacji. Postacie, charaktery, dialogi są przerysowane, groteskowe. Można rzec – operetkowe. Ale waga poruszanego zagadnienia ma ciężar tragedii greckiej. Tyle, że z tą właśnie tragicznością wybujałych postaw osobowych i zbiorowych Gombrowicz walczy. I tak też wyreżyserował “Pół błazna pół panicza” Kopczewski. Sama scenografia, w swej surowości będąca przeciwstawieniem operetkowej pompy, swą operetkowość właśnie sugerowała. Świat na scenie swą absurdalnością podkreślał głęboką rzeczywistość. Nawet aktorzy sztywnie ustawieni za swymi drewnianymi pulpitami-kazalnicami nadawali tej surrealności dziwne wymiary rzeczywistości Ciotki, wuj i kuzyn bohatera aktu I, jaki i jego gimnazjalny profesor ukazywali swą nadto rzeczywistą normalność, która w zestawieniu z surrealną nienormalnością 40-letniego sztubaka-uczniaka okazywała się fałszywą maską, normalnością zakłamanej paranoi, która w niesłychanie perfidny sposób pretenduje do normalności. Oto my – grzmi rodzinno-profesorskie gremium – obrońcy wiary i tradycji, którzy jesteśmy solą tej ziemi i tego narodu. Bez nas wszystko by szlag trafił, my Świątynią Narodowej Zacności. I zaraz parobka-kamerdynera szlus w mordę. No, niby nic nie zrobił. Ale na wszelki wypadek. Wszak i ojce przodki-święte w mordę bili a naród był wielki, bogobojny. Więc te bicie w mordę sens jaki mieć musi. A jak ma sens i moralności narodowej broni, to na ten wszelki wypadek raz jeszcze – szlus i chama w mordę. Aby nie pomyślał, że za pierwszym razem przez jakąś pomyłkę, przypadek. Ale ta kunsztownie wypracowana konstrukcja łamie się, grozi zawaleniem, gdy cham niby z przymusu, dla zabawy – bije w mordę pana. Otóż i świat się nie wali, mury narodowej świątyni nie lecą z łoskotem w piekielne czeluści ! A jeszcze ten drobiazg, że chama bijącego pana, przez okna gawiedź dworska dojrzała i zobaczyła, że grzmoty z niebios nie powaliły zuchwalca-grześnika. O, la boga! Jak tu teraz wyłgać się przed światem, przed sobą samym nawet, że nic się nie stało, że mydlana bańka”normalności” nie pękła? A jak wyrzucić ze świadomości postać zacnego, szanowanego pana profesora z siwym włosem, który w chucie cielesne się do córki-gimnazjalistki wybrał? Przecie lepiej byłoby nie widzieć i nie wiedzieć. Przecież Norwida i Słowackiego uczył. Do diaska z waszą dorosłością-moralnością - krzyczy bohater, 40letni niedorosły pisarz. Do diaska z maskami, bez których nie potraficie sami własnych twarzy rozpoznać! Mnie moja niedorosłość doroślejsza jest niż wasza dojrzałość. Akt II to sceny z “Trans-Atlantyku”. Kopczewski dokonał tu kolejnej przymiarki do tej powieści. Przymiarki dużo oszczędniejszej czasowo i przykrojonej do wymagań “Pół błazna pół panicza”. Z wielości dostępnych wątków wybrał dwa najistotniejsze i najgłębiej uderzające w narodowe chochoły. Porównanie to zresztą (podobnie, jak wcześniejsze powinowactwa z operetką) nie jest przypadkowe. W wielu sytuacjach akcje opowiadań Gombrowicza (zwłaszcza z “Ferdydurke” i “Trans-Atlantyku”) przypominają ów chocholi taniec Wyspiańskiego. Tyle, że Wyspiański uderzał w tony ciężkie, dramatyczne. Gombrowicz operuje groteskowym przerysowaniem. O ile “Wesele” jest narodowym dramatem, o tyle inscenizacja Kopczewskiego, jest narodowym cyrkiem. Wasze – zdaje się powtarzać za Gombrowiczem Kopczewski – fobie i świętości bliższe są karykaturalnej rzeczywistości cyrku niż racinowskiej tragedii. Nie tylko rany patriotyczno-urzędowe rozrywa (w świetnej interpretacji Posła), ale i na święte zabobony moralne się porywa. Jakże to, ten nieznośny (całe szczęście zagraniczny, bo przecie w świętej katolickiej Polsce coś takiego istnieć nie może!) “pedzio Gonzales” wypowiada w pewnym momencie kwestie jedynie autentycznie moralnie zdrowe! Znaczenie tych (tym razem autentycznie tragicznych) kwestii rośnie proporcjonalnie do groteskowej postaci i zachowania Gonzaleza. Oto, jakim my go widzimy (lub raczej – jakim widzieć byśmy chcieli), a oto jakim zmuszeni jesteśmy go zobaczyć w momencie emocjonalnej słabości. I nagle cały ten cyrk, z którego bohater zdaje sobie sprawę, że cyrkiem jest a mimo to świadomie w nim uczestniczy, zamyka się w paradoksie nieznośnego wyboru: Synczyzna czy Ojczyzna. Co za świetna gra słów! Kto mógłby lepiej ten paradoksalny wybór określić? Pewne, że jeśli cokolwiek z twórczości Gombrowicza do języka mowy codziennej przejdzie, to będzie tym właśnie ów wybór często niemożliwy, ale czasem jedyny między “synczyzną” a “ojczyzną”. Kiedy zacny pan Jakub, emerytowany major (pewnie z wojny z roku 20-tego) jest ojcem-ojczyzną a kiedy przedieżguje się w Polskę-Ojczyznę? Jakiej broni godności? Swej czy synowskiej? I czy to, że syn chciał być Synem a nie Syno-ojcem, godne jest zbrodni biblijnej synobójstwa? I czy Gonzales-Faust podszeptujący do ucha syna chęć ojcobójstwa jest prawdziwym Djabłem, czy też Wybawicielem z kajdan Bycia-Nie-Sobą Kto jest potworem: Jakub czy Gonzales? Te pytania będą drążyć niejednego widza. Ani Gombrowicz, ani teatralna, vankuwerska inscenizacja jego twórczości nie daje na nie jednoznacznej odpowiedzi. Do czego przymusza, to do zastanowienia się nad swym “Ja”. I te własne “Ja” było najistotniejszym zagadnieniem Gombrowicza – pisarza. “Ja” versus “My”. Indywidualność versus Zbiorowość. Czy zbiorowość czyni mnie człowiekiem, czy ja swym człowieczeństwem wzbogacam zbiorowość?
Opublikowano dnia: lipca 03, 2007
Oceń to streszczenie : 1 2 3 4 5

Bookmark & share this post

.