Myślę, że dobrze się stało, iż przystępuję do rozważania tego tematu po kilku miesiącach, kiedy opadły emocje (zarówno moje
jak i ogółu społeczeństwa) i ludzie „powrócili” do swego „normalnego” życia. A może jednak coś się w nich (nas) zmieniło nieodwracalnie? Czy na lepsze, czy może po prostu inne..?
Fakt choroby i nieuchronnie zbliżającej się śmierci Karola Wojtyły nie był dla nas zaskoczeniem. Od kilku lat powoli szykowaliśmy się na to zdarzenie – smutne, ale nieuniknione. Przygotowywał nas do tego sam Ojciec Święty poprzez swe wypowiedzi, pisma, poezję. Zaskoczyć mogło to, iż ostatecznie, dokonało się to tak szybko...
Nie należę do osób emocjonalnych. Moja religijność także nie jest uczuciowa ani mocno osadzona w emocjach. Jeśli miałbym w jakiś sposób określić moją wiarę, pobożność to określiłbym ją epitetem „intelektualna”. Oczywiście miało to decydujący wpływ na postrzeganie tych swoistych rekolekcji życia i śmierci, jakie przeżywaliśmy wspólnie z Janem Pawłem II u schyłku jego pontyfikatu.
Kim był dla mnie Ojciec Święty? Kimś bardzo bliskim i bardzo dalekim zarazem. Bardzo bliskim, ponieważ wrastałem wraz z jego pontyfikatem. Papież Polak. Najważniejsza osoba w świecie chrześcijańskim, prawdziwa świętość życia, wizytówka Polski na świecie... Jednocześnie bardzo daleki – bo widziany tylko na ekranie telewizora albo z odległości wielu metrów na wielkich spotkaniach. Czasem, jako nastolatek, marzyłem, ze kiedyś z nim porozmawiam twarzą w twarz. Nigdy to się nie zdarzyło, ponieważ zbliżyć się fizycznie dla zwykłego śmiertelnika do tego papieża było bardzo trudne.
Przez ponad dwadzieścia lat tego pięknego pontyfikatu, Polacy przywykli do tego, iż nasz rodak zasiada na tronie Stolicy Apostolskiej. Słuchaliśmy jego mądrych nauk, ale ich „nie słyszeliśmy”. Zbyt wiele trzeba byłoby zmienić w życiu, aby zastosować się do jego wskazówek i nawoływań. Oczywiście mówię ogólnie i bardzo przy tym generalizuję, ponieważ pod wpływem tych słów nawracali się ludzie, a także zmieniały się systemy polityczne.
Jan Paweł II to był człowiek Prawdy, który nie bał się jej głosić...
W trakcie swego osiemdziesięciopięcioletniego życia Karol Wojtyła uczył nas tego, jak można pięknie żyć. Z wiarą, w prostocie serca i w miłości do Boga i bliźniego. Tą naukę przyjęły rzesze ludzi – z większym lub mniejszym skutkiem. Docierała ona do serc, przebijała się do sumienia. Być może niewielu z słuchających ją naprawdę zaczęło wcielać w życie, ale z pewnością tacy byli i są.
W tym roku Karol Wojtyła dał nam przepiękną lekcję podsumowującą tą naukę życia – nauczył nas umierać... Uczynił to świadomie za pośrednictwem środków masowego przekazu. Pozwolił nam trwać przy nim w chorobie i powolnym „gaśnięciu”. Nie ukrywał swojej słabości, zniedołężnienia ani bólu. Pokazał, że to wcale nie obiera człowiekowi godności! Tym właśnie przemówił do mnie z pełną mocą. Zamknął usta zwolennikom eutanazji, którzy za hasło przewodnie obrali sobie „godną śmierć”. To Jan Paweł II pokazał wszem i wobec na czym polega godne umieranie. Polega ono na ufnym powierzeniu się Chrystusowi i pokornym przyjęciu cierpienia. To cierpienie i ból obserwował przez kilka tygodni cały świat. Obserwował – i uczył się szacunku. To cierpienie i ból świętego człowieka (ośmielam się tytułować go świętym, gdyż osobiście w tą świętość wierzę) zebrało miliony osób na wspólnej modlitwie – najpierw w trosce o zdrowie, a potem o szczęście wieczne dla zmarłego Jana Pawła II.
Przyznam szczerze, że byłem zaskoczony tym co się zaczęło dziać w ostatnich dniach (godzinach) życia Karola Wojtyły oraz w oktawie jego śmierci. Polska przeżyła tydzień pięknych rekolekcji. Zasmuciło mnie tylko to, iż – głównie młodzi ludzie, ale nie tylko młodzi... - potraktowali włączenie się w różnego rodzaju inicjatywy skierowane ku uczczeniu papieża, w sposób w jaki kreuje się nowe trendy mody... Irytowało mnie, kiedy otrzymywałem kilkadziesiąt sms-ów dziennie z prośbą o „zapalenie świeczki dla Ojca Świętego”. Dziwiło mnie nagłośnienie przez media idyllicznego pojednania pseudo-kibiców dwóch rywalizujących klubów piłkarskich. Pomysłów takich i innych było wiele. Miałem wrażenie, że młodzież z różnych miast próbuje wymyślić bardziej oryginalny pomysł na pokazanie swego oddania papieżowi... Czy to źle? Tego nie mogę powiedzieć – każdy przeżywał ten czas tak jak potrafił. Ale to mnie wybijało z przeżywania tych moich osobistych rekolekcji, które odbywały się wewnątrz mnie.. A tam działy się cuda...