Na początku tego tekstu warto byłoby się zastanowić, czym tak naprawdę
jest cierpienie. Jest to nieodłączna część ludzkiego
życia. Według
słownika owe słowo jest to: „ból, męka, męczarnia, dolegliwość,
przykrość”. Człowiek nękany powyższymi nieszczęściami myśli w dwojaki
sposób, jego zachowanie jest prawie schematyczne, czyli
bardzo podobne.
Jedni ludzie uważają, że Bóg ich nie kocha i
dlatego czyni wszystko
tak, aby utrudnić im życie. Więc odwracają się od niego. Przestają
postępować wedle jego zasad i zaczynają go lekceważyć, co często
prowadzi ich na inną, a nawet złą drogę. Drudzy natomiast uważają, iż
Bóg ich w pewien sposób sprawdza, użyłbym nawet słowa testuje.
Większość z nich jest jednak na tyle wytrwałych, że starają się pokazać
stwórcy z jak najlepszej strony. Pragną wyjść z tych przeciwności ze
zwycięską twarzą. Dlatego tacy ludzie wpadają w tytułowe „ramiona”,
ramiona Pana. Poniżej postaram się zobrazować kilka takich postaw.
Literatura od zawsze, a przynajmniej odkąd istnieje ukazuje nam
cierpienie. Możemy je zobaczyć w mitologii, biblii, poezji, literaturze
współczesnej, a nawet tekstach piosenek. Dla nas ludzi wierzących
archetypem powinien być Jezus Chrystus, którego każdy z nas na pewno
zna. Według mnie nie ma na ziemi osoby nie znającej, chociaż skrawka
jego męczeństwa, którego doznał specjalnie dla nas. Jako syn Boga,
wedle jego woli miał zginąć za nasze grzechy. Czy zląkł się tego
zadania? Zapewne strach nieraz zagościł w jego oczach. Jednak zrobił
to, co należało. To dla nas wycierpiał bardzo wiele. Poczynając od
korony cierniowej, którą nosił na swojej głowie. Wytrzymał biczowanie,
a także bardzo ciężką drogę z własnym krzyżem na barkach, aż po samą
śmierć. Krzyż, na którym zawisł po dziś dzień jest symbolem męki
pańskiej, jest także symbolem wszystkich chrześcijan.
Zostając w klimacie Chrystusa pragnę wspomnieć o filmie, który na pewno
wszyscy znają. Jest to film warty obejrzenia i dla ludzi wierzących,
jak również dla niewierzących. Ci drudzy po jego obejrzeniu będą na
pewno nękani refleksjami o tematach naszego istnienia, wiary oraz
przeznaczenia. „Pasja”, jest to piękna bajeczka, niestety nie dla
dzieci. Dlaczego wspominam, iż jest ona nie dla dzieci? Ponieważ pragnę
zauważyć jak pokazane w tym arcydziele jest cierpienie. Nie jeden
dorosły na pewno oglądał ten film ze łzami w oczach i obrzydzeniem na
twarzy. Pomyślcie jak zadziałałby na małolaty. A wszystko za sprawą
brawurowej reżyserii Mela Gibsona oraz pracy dziesiątek ludzi od
efektów specjalnych. To dzięki nim w filmie możemy zobaczyć to
wszystko, o czym wspomniałem wyżej na własne oczy, tak jak ludzie
obserwujący to w tamtych czasach. Z małą różnicą ich pogląd na świat
bardzo różnił się od naszego. Mówiąc delikatnie byli przyzwyczajeni do
cierpienia. Jednak wielu z nich odważyło się na łzy. Historia, jaką
opowiada ten film pokrótce została przedstawiona we wcześniejszym
akapicie, dlatego będę unikał powtórzeń.
Biblia, to księga, która ma niezliczoną ilość autorów. Opowiada o
niesamowitych rzeczach, czasami nawet strasznych, nie dających spać.
Obrazuje nam dzieje nie setek, ale tysięcy lat. Dlatego jest
przedmiotem, do którego możemy zasięgnąć, jeśli pragniemy zagłębić się
w kwestie cierpienia, wiary i Boga. Oprócz Jezusa, najbardziej znaną i
widoczną postacią jest Hiob. Każdy, kto zagląda czasami do kościoła, na
pewno słyszał o tym bohaterze. Mówi się także o nim na lekcji religii.
Wspominam jednak o nim, ponieważ ujęła mnie ta postać na ostatniej
lekcji języka polskiego. Za wiele jednak nie pamiętam, ponieważ choć
lekcje są ciekawe i dobrze prowadzone, to czasami zdarzają się osoby,
które nie dają słuchać innym. Teraz postaram się streścić historię
Hioba, z moich jakże ubogich informacji. Otóż Hiob to zamożny człowiek,
kochający mąż, a także ojciec otoczony liczną rodziną. Wszystko to
zawdzięcza Bogu. Jednak stwórca pragnie udowodnić szatanowi, jak ludzie
potrafią być lojalni wobec niego. Dlatego zsyła na głównego bohatera
wiele cierpienia. Jego życie staje się obrazem bólu, mógłbym to nazwać
nawet odbiciem piekła. Hiob traci majątek. Jego bliscy umierają. Sam
choruje na trąd, zostaje odizolowany od społeczeństwa. Jednak w imię
Boga wytrzymuje wszystko. Ufa mu i wie, że to jest tylko próba, którą
musi przetrwać. Pan jednak wynagradza to owej postaci. Hiob odzyskuje
majątek, poszerza swoją rodzinę i nadal żyje w przyjaźni z Bogiem. To
się właśnie nazywa wiara. A może silna wola? Bajeczka ze szczęśliwym
zakończeniem. Ale czy Hiob byłby w stanie się pozbierać po takiej
stracie, po takiej dawce cierpienia? I tutaj znowu uderza w nas kwestia
wiary. Jeśli Bóg istnieje to pomógł owej osobie, jeśli natomiast nie,
to jak się sama pozbierała? A może to wszystko jest tylko jedną wielką
bajeczką z morałem? Niestety to pytanie pozostanie bez odpowiedzi,
ponieważ nie ono jest tematem tej pracy.
Teraz nadeszła kolej na następny film. Jest to jeden z najlepszych,
jakie powstały. Nie polecam go dzieciom, ani prostej mało inteligentnej
młodzież. Dlaczego? Powód jest prosty. Przesłanie jest bardzo trudne do
zrozumienia, a ludzie takiego pokroju mogliby popsuć atmosferę, którą
buduje. Prosty tytuł „Szkoła uczuć”, jednak kryje za sobą wiele. Niby
oklepany temat. Dwie główne postacie Landon i Jamie. On jest popularny,
typ macho, ma wielu przyjaciół, a jednak tak naprawdę nie jest
szczęśliwy, choć tego nie pokazuje. Mieszka z matka, ponieważ ojciec
związał się z inną kobietą. Ona natomiast szara myszka, która nie
prowadzi życia towarzyskiego, jest kujonem i zadaje się z nie wartymi
wspominania jednostkami szkoły. Jest tematem do drwin, również Landona.
A jednak coś ich łączy, zaczyna „iskrzyć”. Wszystko zaczyna się od
nieszczęśliwego wypadku. Do grupy przyjaciół pana macho pragnie
dołączyć jeden chłopak. Każą mu skoczyć z wysokości do wody na terenie
jakiejś fabryki. Jednak po skoku nie wypływa, ponieważ uderzył w rurę.
Trafia do szpitala, a o wszystko zostaje oskarżony Landon. Jednak udaje
mu się wymigać. Pozostaje tylko kara od dyrektora szkoły.