Misja i sensacja. Strach i pieniądze. Sława i śmierć. Oto różne wymiary życia współczesnego korespondenta wojennego.Ostrzelali konwój, z którym jechałem – mówi powoli Benjamin Lowy, 28-letni fotograf, którego na front wysyłają takie pisma, jak „Time” czy „The New York Times Magazine”. – Po strzelaninie zapadła cisza.Byłem bezsilny – wspomina w rozmowie z „Przekrojem”.Rok później – 113, a w 2007 na liście jest już 88 nazwisk. Ostatnie z nich to Kenji Nagai – japoński fotoreporter, któremu 27 września strzelił w plecy żołnierz pacyfikujący demonstrację w Birmie.„Jeżeli twoje zdjęcie nie jest wystarczająco dobre, to znaczy, że nie podszedłeś dość blisko” – mówił
ojciec wojennej fotografii Robert Capa.Robert Capa, w którego obiektywie przeglądały się wojna domowa w Hiszpanii i druga wojna światowa.Gdy 17 stycznia 1991
roku widzowie na całym świecie przez 16 godzin mogli oglądać dziennikarza CNN Petera Arnetta na tle bomb spadających na Bagdad, jego przekaz tak utrwalił się w świadomości widzów, że już po zakończeniu działań wojennych stacja dostawała od widzów listy z prośbą o kontynuowanie widowiska.Jednak sześć lat temu w dużo mniej spektakularny
sposób dokonał się inny przełom – ilościowy. – Kiedyś, podróżując po Afganistanie, spotykałem
tylko stałych korespondentów z największych światowych redakcji – mówi mi Wojciech Jagielski, reporter „Gazety Wyborczej”. – Zmieniło się to w 2001 roku. A to stało się pretekstem do wojny o globalnym znaczeniu – wyjaśnia.Także freelancerzy – wolni strzelcy sprzedający swoje materiały do różnych mediów.Nieszczęścia przyciągają uwagę odbiorców, dlatego wojna jest popularna wśród dziennikarzy – mówi Jagielski. – Chęć zdobycia materiału jest tak silna, że freelancerzy często namawiają lub przekupują lokalnych tłumaczy, aby im pomogli.I to oni często płacą potem śmiercią za cudze ambicje – przypomina.Nagai go przekonał. Co się dzieje z przewodnikiem, nie wiemy – mówi mi Sinichi Murata, fotograf wojenny z Tokio i kolega Nagai. Cywil, ale i cel „Dziennikarze biorący udział w misjach na terenach objętych konfliktem zbrojnym powinni być uważani za cywilów” – głosi rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ przyjęta w 2006 roku. – Niestety, coraz częściej nie jest to oczywiste – martwi się Rachel Cohen z Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy. – Im więcej osób relacjonuje konflikt zbrojny, tym łatwiej postrzegać je jako
strony tego konfliktu. Czasem wręcz uważa się korespondentów za przedłużenie politycznej linii reprezentowanej przez kraj, z którego pochodzą – dodaje.Dawniej, podróżując po Afganistanie, nie czułem się zagrożony – opowiada Wojciech Jagielski. – Ludzie rozumieli, że przyjeżdżam, żeby obserwować, rozmawiać z nimi, poznać prawdę o ich życiu. Jestem celem – mówi.To mit, że cały czas siedzimy w okopach. Zwariowałbym, gdybym miał się bać za każdym razem, gdy wychodzę z hotelu – przekonuje mnie przez telefon z Kabulu Marcin Firlej, reporter TVN. – Nie próbuję heroizować swojej pracy. Mówi się, że najczęściej giną ludzie na pierwszym zleceniu lub starzy wyjadacze, którzy uwierzyli, że są kuloodporni. W maju 2004 roku zginął w Iraku jeden z najbardziej doświadczonych polskich korespondentów – Waldemar Milewicz. Miał silne poczucie sprawiedliwości.Twierdził, że musi do nich jechać i tę krzywdę pokazać – wspomina Sinichi Murata. To piękny obraz – płomienny reporter dociera na wojnę i naraża się, aby nieść świadectwo światu.Jeden z najsłynniejszych fotografów wojennych James Nachtwey w filmie dokumentalnym o jego pracy mówi: „Gdyby każdy mógł być na wojnie i zobaczyć na własne oczy ten strach i rozpacz, zrozumiałby, że nic nie usprawiedliwia sytuacji, w której czuje je choćby jedna osoba, a co dopiero tysiące.Jako ludzie Zachodu jesteśmy uprzywilejowani – mówi Benjamin Lowy. – Wojny nie dotykają naszego życia. Możemy chodzić do restauracji i jeździć na wakacje, nie myśląc o tym, co się dzieje w świecie. Może dlatego ją pokazuję – opowiada.Nieustannie przemieszczają się z miejsca na miejsce, w domu nie ma ich przez wiele miesięcy, a jedynym kluczem geograficznym, według którego dobierają cele podróży, jest natężenie tragedii i wojen na danym obszarze. – Spotykałem Nagai w Izraelu czy Afganistanie.Właśnie zaczynała się wojna w Libanie i rozmawialiśmy tylko o tym, jak tam się dostać – opowiada Murata. Ekstremalne emocje zbliżają.To prawda, że kule z karabinu maszynowego tak samo brzmią w Afganistanie, w Serbii czy w Somalii. Ale chodzi o to, aby rozumieć ludzi, z którymi się rozmawia. A konflikty w różnych częściach świata są zupełnie inne – mówi Marcin Firlej. Prawdziwi korespondenci siedzieli na wojnie tygodniami i znali się na niej tak, jak rolnik zna się na uprawach.Dziś żadna redakcja nie ma pieniędzy, aby kogoś takiego utrzymywać – twierdzi. Korespondent, który nie umie opowiedzieć o wojnie, opowiada o tym, na czym się zna – o sobie.Streszczenia, w ramach eksperymentu, dokonano przy użyciu summarizera...
Więcej streszczeń na temat Dziennikarze na froncie