• Zarejestruj się
  • ‎Co to jest Shvoong?‎
  • Zaloguj się
    Zaloguj się
    Zapamiętaj moją nazwę użytkownika Nie pamiętasz hasła?

Streszczenia i krótkie recenzje

.

.

To nie tak miało być....

autor : Eskel     

Autor : Eskel
Powered by Profi-Lingua
Zmierzchało. Promienie czerwonego słońca przedzierały się przez gęste chmury, oświetlając ziemię złowieszczą poświatą. W
powietrzu unosił się zapach ognisk, palonego drewna, a z oddali dochodziły krzyki.
Dało się słyszeć tętent kopyt.
Nad horyzontem unosił się dym, co jakiś czas migotały płomienie, podmuchy wiatru roznosiły po okolicy pył i żar. Równina, spalona słońcem, usiana była fragmentami zbroi i różnorakich narzędzi, w oddali majaczyły kontury jeszcze dymiących chat.
Czterej zakapturzeni jeźdźcy gnali na swych rumakach a czarne szaty trzepotały na wietrze, podczas gdy zwierzęta pędziły ile sił, oddychając chrapliwie. Spod ich kopyt ulatywały kępki wysuszonej trawy, konie tratowały wszystko na swojej drodze, pozostawiając głębokie bruzdy. Wierzchowce machały głowami, cwałowały szaleńczo, żadne nie chciało ustąpić w morderczym biegu- wyciągały długie szyje, parskały, rżały i wydawało się, że nie potrzebują komend jeźdźców, by wiedzieć, gdzie leży ich cel.
Pierwszy gnał kary. Miał piękną, długą grzywę, błyszczące oczy, rozdęte chrapy. Dosiadający go jeździec trzymał w ręku wagę ze srebrnymi szalkami. Za nim biegł biały ogier, jego sierść jednak była zupełnie matowa i zmierzwiona, wyglądał znacznie gorzej od pozostałych, lecz mimo pozornej słabości nie dawał się wyprzedzić reszcie. Człowiek na jego grzbiecie dzierżył w dłoni długi, połyskujący trójząb. Tuż obok cwałował trzeci, maści ciemnego cynamonu, miejscami pobłyskującego niemal czerwienią. Jego pan wychylał się do przodu w siodle, za wszelką cenę chciał znaleźć się na przedzie. Prawą ręką przez cały czas trzymał rękojeść miecza, umocowanego w pochwie u lewego boku. Broń była lekko wysunięta i gotowa do gwałtownego wyszarpnięcia i ataku. Jako ostatni, wyraźnie w tyle, galopował biały rumak, lecz ledwo nadążał za resztą, mimo, że był ciągle poganiany przez jeźdźca. Ostatnia z postaci miała przewieszony przez plecy łuk, a pod kapturem połyskiwała korona.
Cała czwórka wyglądała dosyć złowieszczo na tle zachodzącego słońca a miejsca, które mijali, zamierały ciszą, milknął w nich wiatr i szelest strumieni. Teraz znajdowali się już prawie u celu.
Przyspieszyli jeszcze trochę, było już kwestią chwil, kiedy dotrą miejsca przeznaczenia. Gnali szybciej, kopyta uderzały w ziemię mocniej, parskanie stało się głośniejsze a gniadosz wyprzedził resztę. Człowiek na jego grzbiecie wysunął miecz bardziej, tak, że z pochwy wystawała prawie połowa klingi.
Zatrzymali się tak gwałtownie, że kopyta wierzchowców zaryły się w ziemi. Znieruchomieli. Żaden nie był przygotowany na to, co zobaczył.
Przed nimi rozpościerała się olbrzymia dolina, wielkie pole, całe usłane ludźmi. Gdzieniegdzie ktoś poruszał się jeszcze, rozlegały się ciche jęki konających, nie było jednak dla nich ratunku. Na żelaznych zbrojach błyszczała ciepła jeszcze krew, znaczyła też łopoczące proporce, sterczące z ziemi. Do padliny powoli zlatywały się ptaki, by nasycić się ścierwem, a ich skrzeczenie roznosiło się w powietrzu. W oddali dopalały się zgliszcza domów, czerwona łuna odbijała się od pancerzy i obnażonych włóczni, grotów strzał i sztyletów.
Nie, to nie tak miało być.
Nagle, dało się słyszeć cichy jęk, gdzieś z dołu. Dopiero teraz zauważyli, że na ziemi czołga się do nich jeden z ciężko rannych rycerzy. Fragmenty jego zbroi były powyginane, płaty metalu porozdzierane, człowiek oddychał z trudem, lecz teraz wyciągał do nich ręce, z nadzieją.
Nie wszystko stracone.
Pierwszy zeskoczył z konia i podszedł do nieszczęśnika. Następnie schylił się, złapał człowieka za włosy, po czym uniósł głowę konającego do góry. Para oczu błysnęła pod kapturem. Wyciągnął miecz i już zamierzył się do ciosu, gdy ofiara wydała z siebie ciche westchnienie a jej dusza opuściła ciało. Jeździec puścił trupa, po czym spojrzał na kompanów pytająco, niemal ze strachem. Schował broń i dosiadł konia. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
Wrona usiadła na zakrwawionym proporcu, machając skrzydłami. Zakrakała.
To nie tak miało wyglądać...
Opublikowano dnia: lutego 28, 2006
Oceń to streszczenie : 1 2 3 4 5

Bookmark & share this post

.