Nie wątpię, że ten tytuł obił się o uszy wielu ludziom, obojętnie od upodobań literackich. W końcu fakt, iż na jej podstawie
film zechciał nakręcić sam Stanley Kubrick, a ponadto uświetnił go swym aktorstwem Jack Nicholson - mówi sam za siebie. Książka opowiada historię pewnej rodziny - małżeństwa i ich kilkuletniego synka Danny'ego. W wyniku pewnych zdarzeń znaleźli się oni w położonym w górach hotelu "Panorama" w celu zaopiekowania się nim podczas zimowej przerwy posezonowej. Początkowo wszystko wygląda pięknie i romantycznie, ale wraz z nadejściem śnieżycy, a jednocześnie odcięciem kontaktu ze światem zewnętrznym - coś
zaczyna dziać się z małym Danny'm. Okazuje się, że obdarzony dziwnymi mocami psychicznymi chłopiec widzi ofiary wszystkich tragedii, jakie miały kiedykolwiek miejsce w starym hotelu. W każdym bądź razie od momentu wspomnianej śnieżycy klimat
powieści zaczyna systematycznie windować w górę, a akcja - pomimo, iż prowadzona w dosyć wolnym tempie - nie pozwala nam nawet na moment przerwać lektury. Książka ta, która obok "Miasteczka Salem" wykreowała przed latami swego autora - wciąż zachwyca swoim niesamowitym klimatem. Podczas czytania czułem się równie zagubionym i odosobnionym, jak jej główni bohaterowie, co wcześniej tak naprawdę zdarzyło mi się jedynie kilka razy. I tu chyba leży kluczyk do całej sytuacji - w powieści mamy bowiem do czynienia z bardzo małą liczbą bohaterów, np. w "Grze Geralda" była to tylko jedna postać, w "Lśnieniu" zaś - trzy. Biorąc więc pod uwagę wielki talent autora do tworzenia portretów psychologicznych swych postaci, możemy dojść do wniosku, iż im jest ich mniej, tym intensywniej możemy się z nimi zżyć - a co za tym idzie - książka jest lepsza. Niech to właśnie posłuży za ostateczny powód, dla którego wraz ze Stephenem Kingiem warto przenieść się tam, gdzie zza śnieżnej mgły niepewnie wyłania się stary, monumentalny budynek - hotel nazwany Panoramą...