Wydany pół wieku temu, a dziś wznowiony przez PIW „Oflag” Marka
Sadzewicza należy to tak zwanej literatury obozowej.
Autor zawarł w nim
relację z pobytu w niemieckim obozie dla oficerów Oflag nr II D
Gross-Born na Pomorzu koszalińskim. Nazwisko Sadzewicza nie jest tak
powszechnie znane jak Borowskiego czy Stawińskiego, a
jednak mamy do
czynienia z literaturą największego kalibru.
Oflag nie jest suchym zapisem zdarzeń z życia jeńców. Występujące w
książce postaci "Wujcia", "Piernisia", "Leszka" to osoby z krwi i
kości, w których, już po wojnie, rozpoznawało
się wielu byłych
więźniów. Sadzewicz z wielkim wdziękiem i humorem podkreśla, że jego
tekst jest kreacją artystyczną. Ponieważ nazwiska występujących w
pamiętniku osób są zmyślone, "daje mi to formalne prawo do wyparcia się
wszystkiego, w razie gdyby zgłosił się ktoś z jakimikolwiek
pretensjami. (...) W wypadkach przeciwnych, to znaczy wobec osób
zadowolonych ze sposobu przedstawienia wydarzeń i ludzi, postąpię
odwrotnie: przyznam się do autorstwa i potwierdzę, iż osoba występująca
pod takim i takim pseudonimem jest właśnie tą, którą rozpoznał domyślny
czytelnik". Należy dodać, że książkę wzbogacają cytaty z literatury
obozowej, drukowanej na przykład na łamach dwutygodnika "Za drutami".
Są tu wiersze Leona Kruczkowskiego i Andrzeja Nowickiego. Książka
„Oflag”, co zrozumiałe, zawiera fragmenty drastyczne, jest jednak
przepojona głębokim humanizmem i liryzmem. Jeżeli można to nazwać
szczęśliwym zakończeniem, po zamknięciu obozu, po wędrówce na Zachód i
ostatecznym powrocie do kraju, autor wrócił do ukochanej Nety.