Joanna Lipska wraz z bratem,
niższym urzędnikiem w wielkim mieście wielkich Niemiec,
boryka się z biedą i trudnościami codziennego życia.
od zamożnej właścicielki magla dostaje propozycję udzielania lekcji
jej wnuczkom i synowi znajomej.
Wkrótce mała szkółka poszerza się o kolejnych uczniów – Joanna uczy
pisania i czytania po polsku
dzieci z biednych rodzin.
Wynagrodzenie jest
prawie żadne, głównie w naturze bądź w postaci
drobnych sąsiedzkich przysług, ale działanie to sprawia, że Joanna czuje się potrzebna, a i
rodzice dzieci są zadowoleni
z ich edukacji. Niestety, donos sprawia, że Lipska staje przed
sądem za prowadzenie szkoły bez zezwolenia władz.
Podczas rozprawy sądowej naganności tego postępowania nie
potrafi zrozumieć ani ona, ani rodzice uczonych przez nie dzieci –
przecież pomagała innym. Sąd, poruszony jej postawą i ostatnim słowem –
myślę, że dobrze czyniłam –
wymierza jest stosunkowo łagodną grzywnę z zamianą na trzy miesiące
więzienia. Choć suma 200 talarów przekracza możliwości finansowe
rodzeństwa, Lipski, nie chcąc pozwolić, by siostra poszła do więzienia,
pożycza pieniądze od lichwiarza. Ostatnie słowa noweli –
I znów w ich mieszkaniu słychać głos dziecka,
które szeptem prawie czyta "a...b...c..." – pozwalają przypuszczać, że Joanna nie zaprzestanie swojej misji.
Więcej recenzji na temat A...B...C...