Hemingway przebywał w Madrycie
podczas ostrzeliwania i oblężenia tego miasta, w czasie
wojny domowej….Pewnego
wieczoru, wracał zmęczony z urzędu, do Hotelu „Floryda”. Pisarz spragniony i głodny wstąpił po drodze do „Chicote’a”.
Lokal ten, jak zwykle był pełen ludzi w
mundurach i cywili, pijących, jedzących i śpiewających.
Wśród kłębów tytoniowego dymu, mimo trudnych czasów siedzieli rozweseleni winem
ludzie. Mężczyzna w brązowym ubraniu i białej koszuli zaczął biegać po sali i
pryskać kelnerów, ku ich zdenerwowaniu jakimś płynem z rozpylacza do flitu. Był
lekko pijany i nie przykładał wagi do faktu, że był już drugi rok wojny i
ludzie żyli w dużym napięciu. Jeden z
kelnerów starszy mężczyzna, był głęboko oburzony zachowaniem „żartownisia”, który
po raz kolejny ruszył z
rozpylaczem w jego stronę…Paru mężczyzn w mundurach
wyrzuciło go w końcu, za drzwi lokalu. Zdeterminowany, pobladły, wrócił znowu.
Zaczęła się nerwowa szamotanina, podczas której padł strzał….. Nieszczęsny żartowniś,
umarł powodu nieporozumienia. Nic złego nikomu, nie mógł zrobić tym rozpylaczem
, w środku były tylko perfumy. Jego wesołość zetknęła się z powagą wojny, jak
motyl z czołgiem…
Więcej recenzji na temat Motyl i czołg