W warszawskiej kamienicy mieszkał starszy, zamożny adwokat (mecenas),
pan Tomasz. Był miłośnikiem sztuk pięknych, a zwłaszcza malarstwa i muzyki. Nie znosił katarynek, ponieważ uważał, że mechanicznie odtwarzana muzyka jest tandetna i hałaśliwa. Płacił kolejnym dozorcom, żeby nie wpuszczali katarynek na podwórko. Ale pewnego dnia do mieszkania położonego po przeciwnej stronie podwórza wprowadziły się dwie kobiety z małą dziewczynką. Obserwując dziecko, pan Tomasz zorientował się, że dziewczynka jest niewidoma. Było mu jej żal.
W tym czasie zmienił się stróż w kamienicy i
mecenas nie zdążył uprzedzić go o zakazie wpuszczania kataryniarzy na podwórko. Poczuł się więc przykro zaskoczony i poirytowany, gdy pewnego dnia, kiedy pracował w gabinecie,
usłyszał pod oknem dźwięki katarynki. Już miał przepędzić kataryniarza, kiedy... usłyszał śmiech i śpiew dziecka. Spojrzał w przeciwległe okno i zobaczył niewidomą dziewczynkę tańczącą po pokoju i klaszczącą w ręce. Przerażony lokaj, który właśnie wszedł do
gabinetu mecenasa ciągnąc za sobą stróża, tłumaczył swemu chlebodawcy, że kazał dozorcy wygnać kataryniarza, ale on go nie posłuchał. Jakież było zdumienie służącego, gdy po krótkiej rozmowie pan Tomasz polecił stróżowi - wpuszczać kataryniarzy na podwórko! Nawet rzucił grajkowi drobny pieniądz.
Kiedy
lokaj i stróż wyszli z gabinetu, mecenas wziął kalendarz, wyszukał w nim adresy okulistów i wypisał kilka na kartce. A ponieważ zachęcony datkiem kataryniarz zaczął coraz głośniej przygrywać pod oknami pana Tomasz, adwokat zabrał swoje papiery i wyszedł z pokoju.
Więcej recenzji na temat Katarynka