Pan Tomasz był powszechnie szanowanym mecenasem, który z biegiem lat dorobił
się pięknego
mieszkania w warszawskiej
kamienicy i dobrej pozycji społecznej. Mimo dojrzałego wieku wciąż pozostawał kawalerem, a rodzinę zastępowała mu galeria sztuki, którą stworzył w domu. Adwokat miał doskonały gust, znał się na sztuce, często chodził do teatru i na koncerty. W pewnym względzie był jednak dziwakiem - nienawidził katarynek i kataryniarzy, w jego pojmowaniu sztuki dźwięki katarynek były profanowaniem muzyki. Każdego nowego stróża sowicie wynagradzał, by nie wpuszczał
kataryniarzy na podwórze kamienicy, w której mieszkał. Od niedawna w tej kamienicy zamieszkiwały dwie kobiety, opiekujące sie małą, ośmioletnia dziewczynką. Było to mizerne i smutne dziecko. Pewnego dnia, gdy pan Tomasz zobaczył ją wpatrującą się prosto w słońce, zrozumiał powód jej smutku - dziewczynka była niewidoma. Z powodu kalectwa, odbierała świat za pomocą innych zmysłów: powonienia, dotyku i słuchu. Nie mogła wychodzić z domu, była wiec skazana na samotne, bezczynne wysiadywanie w oknie. Pewnego dnia adwokat siedział nad aktami skomplikowanej sprawy, gdy usłyszał dobiegający z podwórza dźwięk katarynki. Chciał wybiec z mieszkania i zwymyślać kataryniarza, gdy spojrzał w okno mieszkania niewidomego dziecka.. Uszczęśliwiona dziewczynka tańczyła w rytm muzyki, a po jej polikach płynęły łzy wzruszenia. W tej samej chwili lokaj przyprowadził kataryniarza myśląc, że mecenas surowo go skarci. Pan Tomasz jednak, pamiętając o radości swej małej sąsiadki, obiecał płacić stróżowi, aby ten sprowadzał na podwórze kataryniarzy. Po jego wyjściu zaś odszukał adresy znanych okulistów.
Więcej recenzji na temat Katarynka