Genesis
To była chyba największa eksplozja jaką widziałem. I chyba jedna z najpiękniejszych, ale wszystko tak naprawdę
zaczęło
się dużo wcześniej. Z pewnym uwielbieniem patrzyłem jak siedzi przygarbiony nad stołem i projektuje swój Wszechświat. Taki, którego zostanie jedynym bogiem, który będzie spełnieniem jego marzeń. Wyobrażał sobie gwiazdy, mgławice. Chciał udowodnić, że nie jest gorszy od pozostałych. Widział dzieła swoich kolegów. Gigantyczny Wszechświat Ailah, mały ale dopracowany w każdym calu Wszechświat Eiden. Widział też nieudane próby innych. Wszechświaty, które w ciągu kilku sekund zapadały się w sobie. I takie, które na wieki pozostawały ciemne, gdzie nie narodziła się ani jedna gwiazda. Chciał tego za wszelką cenę uniknąć. Chciał by jego pierwszy Wszechświat był idealny. Nie ważne było ile czasu zajmą przygotowania. Gdy żyje się w Nicości Czas nie istnieje. Nie ma czegoś takiego jak wczoraj i jutro. Wszystko jest teraz i nigdy. Nawet nasze ciała nie są prawdziwe. Sami decydujemy jak będą one wyglądać, bo jesteśmy tylko myślą, wolną energią zdolną do tworzenia.
Uczył się na błędach innych. By uchronić swój Wszechświat od mroku wszystko dokładnie przeliczył. Skomponował muzykę strun tak, by powstały podstawowe cząstki, dopasował siły aby mogły istnieć atomy. By nie rozpadały się zbyt szybko i nie zapadały się w sobie. Stworzył Całą masę cząstek i cząsteczek. W skomplikowanej melodii zamknął wszystkie oddziaływania między nimi. Dopiero gdy miał już wszystkie składniki zaczął tworzyć wizję swojego dzieła. Miało zacząć się w eksplozji, tak zaczynały się wszystkie. Potem projektował galaktyki i ich gromady. Wszystkie obłoki gazu i pyłu. Cały czas miał nowe pomysły. Wśród milionów galaktyk nie znalazły się dwie takie same. Wśród miliardów mgławic żadna nie była odbiciem drugiej. Podziwiałem jego cierpliwość i wyobraźnię. Gdy w końcu uznał, że może rozpocząć znalazł miejsce z dala od innych Wszechświatów i umieścił tam swój.
Z nieskończenie małego punktu eksplodował Wszechświat i rozszerzał się na naszych oczach. Obliczenia sprawdzały się. W końcu rozbłysła pierwsza gwiazda, a za nią kolejne. Pamiętam, że wszystko wydawało mi się wówczas takie piękne. Bezbłędne. Chciałem wszystko zobaczyć. Móc przyjrzeć się każdej planetce. Widziałem jak na niektórych rodzi się życie. Widziałem jak on się uśmiecha widząc, że wszystko jest tak jak sobie zaplanował. Wiedziałem, że śmieje się również ze mnie. On potrafił stworzyć cos Takiego, a ja nie. Nawet nie próbowałem, wolałem patrzeć jak on to robi.
Cywilizacje rozkwitały, a on je podziwiał. Znajdował ukojenie w patrzeniu na usianą galaktykami przestrzeń. Cieszył się gdy udawało się im odkryć kolejny zakątek jego Wszechświata, gdy odkrywały kolejne tajemnice. Jednak miałem wrażenie, że coś jest nie tak. One się rozwijały, zmieniały, ale Wszechświat już nie. Gdy zrealizował wszystkie swoje pomysły nie chciał już nic zmieniać. Gwiazdy świeciły wciąż te same co w chwili stworzenia, te same obłoki. On czuwał by nic się nie zmieniło. Tylko nad życiem nie mógł zapanować. Ono było wolne. Pewnego dnia odważyłem się go o coś zapytać.
- A co jeśli oni sami się zniszczą, jeśli życie zniknie, a Wszechświat choć nadal piękny będzie martwy?
Uśmiechnął się i spojrzał na mnie.
- Nie zniszczą się - zapewnił, a ja mu wtedy uwierzyłem.
A jednak wciąż miałem złe przeczucia, tylko że nauczyłem się mu wierzyć w każdej sytuacji.
Widziałem to, widziałem i o mało mi serce nie pękło. On dowiedział się później. Ale ja tam byłem i widziałem. Mała piękna planeta. Lubiłem ją chyba jak żadną inną. W ciągu kilku chwil jej powierzchnia zamieniła się w kulę ognia, a potem cała planeta eksplodowała. Nikt nie przeżył, zabiła ich technika, którą sami stworzyli, oraz głupota, której nie umieli z siebie wytępić.
Nie umiałem Mu o tym powiedzieć, ale on już wiedział. Płakałem z głową na jego kolanach, a on nic nie mówił. Czułem jakby to była moja wina.
Ale to nie był koniec. Potem kolejne cywilizacje upadały. W końcu nie została ani jedna. Wszechświat stał się martwy, ja tak uważałem. Ailah, Eiden również. On w końcu też to zrozumiał. Zezłościł się. Krzyczał. Oskarżał mnie, potem przepraszał. Wtedy przestałem wierzyć w każde jego słowo.
W końcu powiedział, że ma dość patrzenia, na ten ‘’nieudany eksperyment’’. Nie można było od nowa zasiać tam życia, więc musiał pozostać martwy. Usiadł przy biurku i zaczął od nowa wszystko liczyć.
- A co z tym, który już stworzyłeś - zapytałem
Spojrzał na mnie rozgniewany.
- Nie obchodzi mnie, to była pomyłka.
- Ale nie można go tak zostawić.
- Chcesz to sam zadecyduj co się ma z nim stać.
Ja miałem skończyć to co on zaczął. Martwy Wszechświat nie był nikomu potrzebny, a to było podstawą jego istnienia.
Apokalipsa
Chciałem to zrobić jak najlepiej. Tak by śmierć dorównała choć trochę narodzinom. Ruszyłem zatrzymany przez Niego czas. Gwiazdy zaczęły umierać, z ich popiołów rodziły się kolejne i również umierały. Wykorzystałem rzecz, o której On zapomniał. Grawitacja zaczęła ściskać Wszechświat do punktu z jakiego się narodził. W końcu wszystkie gwiazdy zgasły. Olbrzymie czarne dziury pożerały się nawzajem, a Wszechświat zbliżał się do końca. Coraz bardziej zapadał się i zapadał. W ostatnim błysku zginął i nie pozostał po nim ślad. Nie chciałem by się odrodził.
On tymczasem stworzył jeszcze piękniejszy Wszechświat. Pokazał mi go, ale nie umiałem się nim cieszyć tak jak tamtym.
Ale to on był Bogiem, a ja sam kiedyś wybrałem rolę jego anioła. Nie chciałem odchodzić, więc zostałem. On został Stworzycielem, Ja miałem poprawiać jego błędy.