„
Na pastwę aniołów”- Na pastwę nużącej lektury…
Śmierć- odwieczny towarzysz człowieka, wyobrażany pod wieloma postaciami, dysponuje różnymi kreacjami oraz twarzami, osobiście pozostając obojętnym wobec odczuć reszty świata, co do swojej misji i bezpretensjonalnej osoby. Doczekał
się już ciekawych wcieleń na kartach książek,
czy też w adaptacjach filmowych. Swoje 3 grosze na jego temat, dorzuca również Jonathan Carroll w
powieści pt. : „ Na pastwę aniołów”.
Wyatt Leonard, śmiertelnie chory na raka showman telewizyjny, dowiaduje się o tajemniczych wizjach dwóch mężczyzn, którzy śnią, że spotykają śmierć. Obiecuje ona odpowiedzieć na każde pytanie osoby, z jaką zawiera znajomość, lecz jeśli ta nie będzie umiała zrozumieć odpowiedzi, w krótkim czasie straci życie.
Arlen Ford, gwiazda filmowa opuszcza dostatnie życie w Hollywood i przenosi się do Austrii. Tam poznaje Lelanda Zevica- miłość swojego życia. Jaką zapłaci za nią cenę? Losy bohaterów muszą się w końcu ze sobą spleść, bo przecież są jedynie dwiema kartami w rozległej talii, od zawsze trzymanej w dłoniach śmierci…
Książka zapowiadała się interesująco, ale już po przeczytaniu kilku kartek, zadałam sobie skonsternowane pytanie, o czym ona w ogóle jest? Jaki był cel jej powstania? Może pomysł był całkiem niezły, ale wykonanie niestety kiepskie. Chwilami odnosiłam wrażenie, że Carroll, ot tak zapragnął podzielić się z czytelnikami paroma, nurtującymi go refleksjami, kompletnie nie dbając o rozwój fabuły, czy wnikliwsze przedstawienie bohaterów. Ani Arlen, ani Wyatt, nie przyciągnęli mojej uwagi. Niby byli narratorami, ale mimo to, trudno wychwycić sedno ich osobowości, oraz wczuć się w ich sytuację. Natomiast pewne ustępy powieści były, jakby wyjęte z innego dzieła. Najwidoczniej autor nie umiał się zdecydować, o czy tak naprawdę pisał. Wydaje się, że zamierzał połączyć zwyczajną rzeczywistość z magią i zjawiskami nadprzyrodzonymi, ale wcale mu się to nie udało. Jedno kłóciło się z drugim i nawet frapujący wizerunek śmierci, która swoim cynizmem i bezwzględnością nieco ożywiała skostniałą akcję, nie potrafił tego naprawić.
Przez cały czas czytania ksiązki, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że historia przedstawiona przez Carrolla była zwyczajnie nudna i przewidywalna. Na jedyne plusy, muszę jej jednak zapisać pojawianie się niektórych, mądrych sentencji oraz agresywną, lekceważącą wobec ludzi postawę śmierci. Jej kreacja wybija się na tle tej nużącej powieści i tylko dzięki niej, udało mi się przebrnąć przez całość. Nic dziwnego, że była taka arogancka i pewna siebie, skoro na przestrzeni całej lektury, nie znalazł się dla niej godny uwagi partner do toczenia błyskotliwej rozmowy, zahaczającej o prawdziwy pojedynek. Moim zdaniem Wyatt i Arlen nie byli dla niej żadnymi przeciwnikami. Nie wiem, czy dla was nietuzinkowy obraz śmierci w interpretacji Carrolla będzie wystarczającą motywacją do sięgnięcia po tę książkę. Uważam, że to zdecydowanie za mało. Chyba, że ktoś szczególnie uwielbia jej temat i za punkt honoru wybrał sobie czytanie wszystkich powieści z jej udziałem. Jeśli tak- polecam. A reszcie proponuję, nie oddawać się na pastwę aniołów. Bywają bezlitosne…
Mi$$_P
Więcej recenzji na temat Na pastwę aniołów