Autor Michael Curtin postanowił napisać powieść obyczajową z drugim dnem – coś w rodzaju powiastki alegoryczno-egzystencjalno-filozoficznej.
Skutek jest niezły, choć momentami można odnieść wrażenie, że autor zapowiada więcej przełomowych objawień niż ich w końcu doświadczamy. Niemniej, warto przeczytać. Można się trochę pośmiać i posmucić (co więksi wrażliwcy może z lekka pochlipią – ale bez histerii).
Zaplanowana przez grupę przyjaciół pomoc dla Jacka Droney’a, który usiłując rozśpiewać i roztańczyć
wszystkich i każdego zaczyna dziwaczeć raczej niebezpiecznie (tj. ponad miarę społecznie akceptowalnej dziwaczności) staje się dla Jamesa Imbusha (alias Toots Books) okazją do desperackiej próby realizacji własnych marzeń. Marzeń związanych z kobietą, która stała się już kiedyś towarzyszką jego życia, ale na skutek ich wspólnej tragedii utraciła kontakt z mężem i z całym niemal światem.
Cała akcja przeplatana jest wspomnieniami narratora, które stopniowo coraz więcej nam wyjaśniają i wciągają czytelnika powoli i niezauważalnie, acz skutecznie w wir wydarzeń i emocji przeżywanych przez bohaterów. Narrator jest księgarzem i odludkiem, który z grupą dość ekscentrycznych przyjaciół przygotowuje amatorski koncert, który ma spełnić dodatkowe niejawne zadania i pomóc wielu osobom. I właśnie sam koncert jego pełen dramatycznych zwrotów akcji przebieg staje się finałem i kulminacją wszystkich wydarzeń i najbardziej znaczącym spotkaniem wszystkich osobowości i charakterów obecnych na kartach książki.
Niezwykłe poczucie humoru i ciepło emanujące z kart tej
powieści stanowi wspaniałe tło dla kolejnych odsłon problemów przed jakimi stają bohaterowie. W toku zdarzeń i refleksji dochodzi do głosu mądrość i humanitaryzm w całkowicie naturalnej nie-belferskiej i nie-mentorskiej postaci.