Postaci Stephena Kinga nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, prawda? Natomiast myślę, że warto przedstawić jedno z jego pisarskich
dokonań, które na tle współczesnego świata i rozwoju wszelkich „reality show” zyskuje coraz bardziej na aktualności.
Głównym bohaterem jest młody chłopak, Ray Garraty. Trudno jednak powiedzieć, żeby pozostałe 99
chłopaków nie było równie ważnymi bohaterami, jeśli giną tragicznie wraz z rozwojem akcji. Tak, „Wielki marsz” (1979) to książka, na której kartach King uśmiercił chyba największą liczbę osób ;) Ale do rzeczy. Stu chłopaków bierze udział w wyścigu, dla zwycięzcy którego przeznaczona jest spora sumka pieniędzy. Wyścig jest transmitowany na ekranach telewizorów 24 h na dobę. Niestety, zwycięzca jest jeden. Każdy, kto nie dotrzyma kroku i zatrzyma się w marszu na dłużej niż 3 sekundy, dostaje czerwoną kartkę, zaś 3 takie oznaczają
śmierć poprzez rozstrzelanie (koło uczestników nieprzerwanie znajdują się uzbrojeni żołnierze). W tym wyścigu nie liczy się szybkość, spryt, intelekt, ale wytrzymałość. Chłopaki idą po prostu przed siebie, a metę wyznacza śmierć przedostatniego uczestnika. Sądzę, że nie trudno zgadnąć, kto ostatecznie – po wielu chwilach kryzysu i załamań – zostanie zwycięzcą… Fabuła prosta jak drut, ale tu chyba liczy się przesłanie…
Stephen King w „Wielkim marszu” tworzy alegoryczną wizję przyszłości, w której Ameryka jawi się jako upadły naród. Jest to zarazem wnikliwy obraz psychiki człowieka i analiza motywacji zachowań człowieka, gdy znajduje się w ekstremalnej, nieludzkiej sytuacji (żaden z uczestników nie zdawał sobie sprawy z grozy tego przedsięwzięcia, którego się podjął, dopóki nie ginie pierwszy chłopak po ok. 3 godzinach marszu na oczach wszystkich chłopaków).
Książka Kinga ma wiele walorów. Pozwala uświadomić człowiekowi wartość życia, wartość rodziny, wartość miłości (niejeden z chłopaków zostawił swoją dziewczynę, która przed telewizorem śledziła bój swego wybranka w walce o śmierć!). Jednocześnie książka skłania do zastanowienia się, do czego posuną się jeszcze twórcy „reality show”. Jeśli na razie granicą jest ukazywanie najbardziej intymnych spraw życia ludzi, czemu więc kryć też… śmierć człowieka?