Wreszcie wydano po polsku pierwszy tom trylogii milenium Stiega Larsenna. Książki bijącej rekordy popularności w Europie.
Książka zaczyna się jak klasyczny kryminał w stylu A. Christie. Oto znany dziennikarz zostaje oskarżony o zniesławienie. Wydaje się, że to koniec jego kariery. Właśnie wtedy zgłasza się do niego sędziwy już potentat przemysłowy Henrik Vagner. Składa on Mikaelowi propozycję: ma on napisać kronikę rodu. Jest to jednak tylko przykrywka, naprawdę Mikael ma wyjaśnić sprawę morderstwa sprzed 36 lat, którego ofiarą padła siostrzenica Henrika. Morderstwo zdarzyło się na odciętej od świata wyspie, a więc siłą rzeczy podejrzana jest niewielka liczba osób.
Szybko jednak okazuje się, że powieść to nie tylko kryminał. Jest także dogłębną diagnozą społeczeństwa szwedzkiego i jego polityki socjalnej.
Książka miała tak świetne recenzje, że sięgnęłam po nią czymprędzej. I co? Nie to że mi się nie podobała, jest bardzo ciekawa i dobrze napisana. Mam jednak dość mieszane uczucia : pewne jej aspekty wogóle mi się nie podobają. Osoba pomagającej Mikaelowi Bloomkwistowi Lisbeth Salander na przykład. Nieprzystosowana społecznie, ubezwłasnowolniona, a przy tym geniusz komputerowy. Mnie zupełnie ta postać nie pasowała. Nie podobał mi się też polityczno-społeczny wydżwięk książki: wszyscy faceci to nienawidzące kobiet świnie, Bogacze to dranie do fortuny dochodzący niezbyt "czystymi" metodami, a dziennikarze ekonomiczni są zwykle na ich usługach.