Od A do Z
„Świetna lektura: zabawna, pełna sytuacji dobrze znanych tym wszystkim, którzy brali kiedykolwiek udział w polowaniu na partnera” – Tatler.
Jeśli w charakterze rekomendującego występuje pismo rangi Tatlera, niejako z automatu jestem nad wyraz ostrożny i do książki podchodzę jak pies do jeża. Niemniej w przypadku „Od A do Z” Jane Green bynajmniej nie nadziałem
się na kolejne romansidło a la seriale wenezuelsko-rodzimo-argentyńsko-brazylijskie,
czy też na kolejne popłuczyny po Brydżet Dżons, ale na całkiem sympatyczną opowiastkę, po lekturze której nie miałem poczucia całkowicie straconego czasu.
W życie Cath – roztrzepanej i introwertycznej totalnej bałaganiary, żyjącej chwilą i Si – denerwującego pedanta – wkracza znowu, niejako na zasadzie niekoniecznie oczekiwanego, niemniej nie tak całkiem niesympatycznego wspomnienia ze studenckiej przeszłości niejaka Portia, w której kochała się cała męska część grupy studentów. Niekoniecznie oczekiwanego elementu, bo ich senne de facto życie zostaje w jakiś sposób zaburzone przez istne towarzysko-emocjonalne tornado, którego centrum jest oczywiście Portia.
Cath żyje nadal studenckimi tęsknotami za miłością: „Nie chodziło mi wcale o seks, tylko o pieszczoty po fakcie. Leżenie w łóżku, trzymanie się w objęciach, ciche mruczenie, kiedy głaszczą cię po głowie. Spałam z nimi, a potem się budziłam, błagając wzrokiem o choćby odrobinę tego uczucia, jakiego zaznawałam minionej nocy. Ale przeżyty orgazm nieodmiennie zabierał ze sobą wszelką intymność, i albo byłam później ignorowana, albo musiałam się zadowolić uprzejmą rozmową, po czym, możliwie jak najszybciej, wychodziłam.” Teraz jednak zaczyna szukać partnera, który nie zadowalałby się jednonocną „miłością” i przytulił ją na dzień dobry. Szuka i oczywiście nie może znaleźć, bo przecież o taki niedościgły ideał jest w naszych czasach piekielnie trudno. I tu pojawia się Portia i... zaczyna się cała seria dość nieoczekiwanych i nieco szalonych wydarzeń. Całe dotychczasowe życie Cath staje niemal na głowie.
Czy Portia ma w tym swoim niespodziewanym pojawieniu się jakiś ukryty cel? Czy coś knuje? Czy zamierza zrobić powtórkę numeru, jaki kiedyś wykręciła, łamiąc wszystkim serca? Czy Josh – jej cień ze studenckich czasów znowu wsiąknie po uszy w czar, jaki ona rzuca? Czy jej nagłe pojawienie się rozbije nudnawe co prawda, ale w istocie dość ścisłe przyjacielskie układy między Cath, Si, Joshem i jego żoną? Czy znowu nie obędzie się bez skandali i skandalików?
Czy też wręcz przeciwnie – po prostu zatęskniła za klimatami ze studenckich czasów? I za przyjaciółmi, którym wykręciła kiedyś tak przykry numer? Cath patrzy na to wszystko, co się zaczyna dziać z pewnym oszołomieniem, poddaje się jednak wpływowi dawnej przyjaciółki od serca i jej marzenia o romantycznej miłości jakoś odchodzą na dalszy plan. Chwilowo? Czy na dłużej?
Odpowiedzi na te pytania to już raczej trzeba szukać w „Od A do Z”. Ja ich nie udzielę. czy zatem polecam książkę Jane Green? A czemu nie?
Jeśli kto lubi klimaty Brydżet Dżons. Bowiem choć powieść Green nie jest w prostej linii krewniaczką diariusza Brydżet, to jednak cośkolwiek wspólnego z nią ma. Czyta się całkiem przyjemnie, bez specjalnej ekscytacji. O wiele lepszy sposób na spędzenie wolnego czasu niż bezmyślne gapienie się na 1176 odcinek tasiemcowego serialu. A ile przy okazji korzyści, jeśli o wtórny analfabetyzm chodzi!
Moja ocena: idealna lektura na plażę, nad jezioro, albo na lekko deszczowe letnie popołudnie: nie angażuje zbytnio, a poczytać można.
Więcej recenzji na temat Od A do Z