Nie ma to jak mieć 18 lat...piękny zaiste to wiek...jedyną piękniejszą rzeczą od czasu, gdy ma się 18 lat, jest mieć 18 lat
i czytać komiksy...a już najpiękniejszą rzeczą z pięknych, jest mieć 18 lat, czytać komiksy, a zwłaszcza "Sandmana". Ciężko jest pisać recenzję komiksu uznawanego za arcydzieło...za maleńki czuję sie aby temu podołać. Dlatego napiszę czym "Sandman" był dla mnie...od tak po prostu, zwyczajnie i tylko po to drogi czytelniku, abyś Ty przypomniał sobie, czym był on dla Ciebie...
Pamiętam jak dziś, co się działo przed rokiem 2000 na polskim rynku komiksów...a nie jest to szczególnie trudne, gdyż nie działo się właściwie nic...było sobie kilka amerykańskich tytułów pokroju "Spidermana", które czekały na znudzonego już nimi i powoli dorastającego do czegoś nowego czytelnika. Rok 1990 zapoczątkował masową modę na amerykańskie komiksy. Miałem wtedy pięć lat i nie wstydzę się do tego przyznać...komiksy czytała mi mama (dzięki jej za to:) Z czasem opanowywałem coraz więcej literek, tak że w 2000 roku mając piętnaście lat czytałem (nie chwaląc się bynajmniej) całkiem nieźle. Na tyle dobrze, że stare komiksy pasowały do mnie jak lekko przykrótkawe spodnie, spod których raźno wystają białe skarpetki, kiedy tylko się usiądzie. Dwa lata później, nie musiałem już nawet siadać, żeby te skarpetki były widoczne. I wszystko jest dobrze, kiedy nikt ci nie wskazuje palcem na te spodnie, śmiejąc się z nich. Brak kontaktu z komiksami innego pokroju sprawił, że nie wiedziałem, że może być inaczej. Jednak to wszystko uległo zmianie, kiedy po raz pierwszy Arkadiusz Wróblewski w stopce "Batmana" zaczął opisywać poszczególnie odcinki "Sandmana" a ja ujrzałem moje krótkie spodnie. To był szok, ale przecież nie miałem jeszcze wtedy innych spodni do ubrania. Z musu chodziłem wiec w starych. Od teraz jednak świadomy tego, że spodnie są już na mnie za krótkie.
Ach...co to były za czasy...nie dość, że "Batman" był fajny...to jeszcze mogę poczytać o komiksie, który urósł w moich wyobrażeniach do jakiejś mitycznej postaci. I tak to trwało przez rok...może dwa...aż pewnego pięknego dnia ujrzałem "Go" Stał sobie na półce za niebotyczną wówczas sumę 20 zł. Był w folii, więc podejrzeć nie dało się ani strony...ani jednego obrazka. Jakoś wysupłałem na niego pieniądze. Usiadłem na krześle i bałem się go rozpakować. Bałem się, że mit mojego dzieciństwa pryśnie jak bańka mydlana...że mnie zawiedzie. Może Wy też tak macie jak ja? Że boicie się wrócić do jakiegoś miejsca, w którym było wam dobrze. Boicie się dlatego, że zapamiętaliście je właśnie tak..jako miejsce wspaniałe. A powrót może was boleśnie rozczarować. Bo to już będzie to samo miejsce. Zmieni się ono...zmienicie się i Wy. Tak było z "Sandmanem" Miałem jego wyobrażenie w mojej głowie. Nie chciałem niczego zepsuć. Oczywiście po chwili z drżeniem rąk jednak otworzyłem pierwszą stronę...a potem....potem, to już jest inna bajka....