Zaczyna się bardzo przyjemnie. Wreszcie nie nadęta proza o problemach
młodego człowieka po
studiach i do tego polonistycznych. Jak w życiu,
dominuje wkurzenie na swój los i wyrzuty do samego siebie skąd wziął
się ten idealizm przy decyzji dotyczącej wyboru studiów i przyszłej
życiowej drogi. Nasz bohater ląduje w marnej gazecinie, w której
eufemistycznie mówiąc nie czuje się najlepiej. Mieszka z rodzicami,
psem, bratem i babcią na kilkunastu metrach kwadratowych mieszkania i
na dodatek jego miłosny związek jest w rozpadzie. Mamy
tu świetną
opowieść o człowieku, któremu brak perspektyw i ochoty do życia.
Szarość, marazm jest opisany w genialny sposób,
no może poza kilkoma
określeniami, np. przekleństwami, które brzmią
nieco sztucznie w ustach
inteligencika po polonistyce. Tutaj stylizacja na język ulicy moim
zdaniem nieco nie wyszła Ignacemu Karpowiczowi.
Wędrujemy przez kolejne perypetie bohatera, problemy z Agnieszką,
pisaniem pracy magisterskiej na studiach oraz zajęciem w gazecie i
świat książki
Zaczyna się dziwnie rozszerzać. Pojawia się coraz więcej
elementów bliższych snu niż początkowemu, ironicznemu realizmowi. No i
moment, w którym książka powinna
jeszcze bardziej wciągać zamienia się
w zanudzanie, a pod koniec opowieści nawet w
bełkot. Umyka gdzieś cała
ikra. Świetny pomysł zostaje zmarnowany. Cóż z tego, że mamy rozmowę
naszego studenciny z Piłsudskim, bandą moherowych staruszek czy
księdzem Popiełuszką? Fragmenty pisane kursywą, czyli w domyśle te z
głowy bohatera, zwyczajnie nudzą i zniechęcają do czytania. Wszystko
jest tu wymieszane - nauka z aktualną polityką, snami, wykładami,
wizjami. Powtórzę jeszcze raz słowo – bełkot. Wydaje mi się ono tu
kluczowe. A szkoda, bo zapowiadała się naprawdę ciekawa książka.
Trzeba jednak przyznać, że warto przeczytać ją chociażby do połowy.
Obserwacje życia rodzinnego, nie możności dogadania się z najbliższymi
ludźmi dawno nie zostały przedstawione tak żywo i z humorem.
Opublikowano dnia:
grudnia 09, 2007
Więcej recenzji na temat Niehalo