W młodopolskim dramacie Gabrieli Zapolskiej nie rozgrywa
się żadna tragedia, lecz – jak nazwała problem sama autorka –
tragifarsa.
Akcja rozgrywa
się w Krakowie, w saloniku Dulskich, urządzonym z mieszczańską solidnością. Taka też z pozoru wydaje się rodzina, którą trzyma żelazną ręką tytułowa bohaterka.
Dulska jest skąpa, zapobiegliwa, prostacka. Prowadzi grę pozorów, która polega na tym, że na zewnątrz prezentuje uczciwość i solidność, a w
domu ujawnia prawdziwe oblicze – obłudę, wyzysk, niechlujstwo. Po domu chodzi w brudnym szlafroku, daje stare kapelusze do odnowienia, nie płaci za przejazd tramwajem swych córek, pogardliwie odnosi się do służby. Prezentuje filozofię
prania brudów we własnym domu.. Stosuje różne kryteria wobec tych samych zjawisk. Wymawia mieszkanie lokatorce, która usiłowała popełnić samobójstwo, a trzyma kobietę lekkich obyczajów, choć jej się kłania. Pobiera od niej za to wysoki czynsz.
W takim właśnie domu wychował się Zbyszko, najstarsze dziecko Dulskiej, syn, do którego ma słabość i darowuje mu nocne hulanki. Matka nie jest zaniepokojona brakiem ambicji Zbyszka, nie interesuje jej rozwój duchowy syna, martwi się jedynie o jego zdrowie. Gdy Zbyszko wraca nad ranem do domu, matka droczy się z nim, upomina, przestrzega, ale nie jest tak stanowcza jak wobec męża i córek. Zbyszko wykorzystuje słabość matki i bez ogródek mówi, że
być Dulskim, to katastrofa. Zdaje sobie sprawę z zakłamania w domu, potrafi na ten temat ironizować, ale wie również, że jest zbyt słaby aby się wyzwolić spod wpływu
kołtuństwa. Póki jest młody, chce się bawić i nie myśleć o własnej pustce duchowej. Ale nie jest szczęśliwy, cynizmem tuszuje niepokój wewnętrzny. Wie, że kiedyś jego własny dom będzie wyglądał tak, jak ten, w którym się wychował. Tłumaczy Juliasiewiczowej:
Bom się urodził po kołtuńsku, aniele! Bo w łonie matki ... Ponieważ Dulska chce zatrzymać syna w domu, patrzy przez palce, a nawet akceptuje romans Zbyszka ze służącą Hanką. Gdy okazuje się, że dziewczyna zachodzi w ciążę, natychmiast wyrzuca ją z domu. Panicznie boi się skandalu, więc jak najszybciej chce się pozbyć dziewczyny.
Słaby, tchórzliwy Zbyszko, swoim zwyczajem chce wymknąć się z domu. Nie myśli o krzywdzie dziewczyny, wie, że matka załatwi za niego wstydliwą sprawę, nawet nie próbuje z nią rozmawiać. Dopiero, gdy dowiaduje się, że Dulska wiedziała o jego romansie, nagle odzywa się w nim poczucie godności. Zapowiada, że ożeni się z Hanką. Oczywiście nie kocha jej, nigdy nie brał pod uwagę ożenku, nie okazuje wystraszonej dziewczynie żadnego zainteresowania ani czułości. Poprzestaje na posadzeniu Hanki na kanapie obok matki i zastrzeżeniu,
żeby więcej jej nie używać do kuchennych posług. Nie rozmawia z Hanką, nie planuje wspólnego życia.
Jego nagła decyzja jest tylko przejawem
buntu wobec kołtuństwa matki, mówi:
Niech raz taka szpetota unurza się we własnym błocie. Wydaje mu się, że dokonuje czynu heroicznego, ale to tylko gesty. Zbyszko pozostaje niedojrzałym lowelasem, który nie potrafi zdobyć się na odpowiedzialne, godne uporządkowanie swojego życia.
Po burzliwym wieczorze wszystko wraca do normy. Dulska przegania Hankę do składziku na brudną bieliznę, Hesia, siostra Zbyszka, dokucza jej okrutnie.
Bunt Zbyszka nie trwa długo. Juliasiewiczowa, z właściwą sobie przebiegłością, czy jak to określiła Dulska
złodziejskim sprytem, domyśla się, że bunt Zbyszka to tylko
demonstracja na złość matce. Krewna roztacza przed nim perspektywę życia z Hanką. Przede wszystkim wylicza koszty utrzymania. Przestrzega również, że kuzyn nie będzie mógł liczyć na pomoc matki, a ożeniwszy się z Hanką straci pozycję towarzyską. Zbyszko, przepuszczający swoją pensję na zabawy i jeszcze robiący długi, zaczyna się bać i nie jest już tak pewny swej decyzji. Tłumaczy Juliasiewiczowej:
Ja chciałem raz zetrzeć w proch to podłe, to czarne, ...Niestety, ma zbyt mało siły aby zwalczyć w sobie kołtuna, ulega prawie bez walki. Nie stać go nawet na rozmowę z Hanką, załatwienie sprawy pozostawia matce i krewnej. Zamyka się w pokoju, gdy uwiedziona przez niego dziewczyna opuszcza dom.
Okazuje się, ze Hanka ma więcej honoru od niego, jest nieszczęśliwa, nie wie co zrobić, ale przyjmuje krzywdę z pokorą. Dopiero gdy spostrzega obłudę Dulskiej, budzi się w niej duma. Wie, że może swoich praw dochodzić w sądzie i żąda od Dulskiej sporej sumy pieniędzy.
Skandal został zażegnany, ale pozostało po nim spustoszenie moralne. Zbyszko od razu zapowiada, że teraz dopiero będzie się
lumpował, oczywiście do czasu, gdy się nie ożeni, jak sam mówi:
z posagiem, z kamienicą – z diabłem. Całą winą za swe niegodne postępowanie obarcza atmosferę domu i szerzej –
obyczajowość mieszczańską. Czuje się podle, ale też łatwo się rozgrzesza. Uznaje po prostu, że nie może walczyć z całym otoczeniem.
Dramat Zapolskiej ma wydźwięk pesymistyczny. Zwycięża zakłamanie, a perspektywa życia niedawnego buntownika rysuje się ponuro. Sam twierdzi, że będzie topił własną klęskę w niewybrednej zabawie. Już nigdy nie będzie go stać na bunt przeciw kołtuństwu.