Jeszcze tej samej nocy podróżni opuścili niegościnne
tereny i po wielu dniach, po pokonaniu wielu trudności znaleźli się nad
brzegiem Oceanu Spokojnego. Jednakże i tu nie dane im było zaznać spokoju. Idąc
brzegiem wędrowcy zobaczyli w oddali oddział krajowców, który z wrzaskiem
rzucił się w ich kierunku. Szczęśliwym zrządzeniem losu natknięto się na leżące
na brzegu czółno. Niewiele myśląc wsiedli i wiosłując z całych sił uciekali w
morze. Tymczasem Maorysi na trzech pirogach zaczęli się zbliżać. Zrezygnowani
podróżni, nagle poczuli przypływ nadziei, bo w oddali pojawił się statek.
Wielkie było ich zdziwienie gdy po chwili zorientowali się, że to Duncan. Wioślarze przestali wiosłować, bo kogo mieli
wybrać dzikich czy bandytów? Była jeszcze trzecia możliwość – zatopienie czółna
i śmierć w oceanie.
Nagle bystre oko Roberta dostrzegło na pokładzie Toma
Austina, a celne strzały z działa skutecznie zniechęciły Maorysów. Skąd Duncan
znalazł się na wodach wschodniej Nowej Zelandii?
Okazało się, że Paganel pisząc list w imieniu
Glenarwana, był zapatrzony w gazetę, z której dziwnym trafem zapadły mu w
głowie słowa zealand. Poczciwy Paganel najzwyczajniej w świecie się pomylił.
Ayrton zaś przybywszy z listem do Melbourne, próbował wymusić na Tomie Austinie
zmianę kursu, ale ten nawykły do rzetelnego wykonywania rozkazów, wściekły zamknął
go pod strażą w jednej z kajut, gdzie zresztą znajduje się do teraz. Nie było,
zatem żadnej napaści na jacht. Wszystko cudownie się skończyło. Błogosławiona
pomyłka Paganela stała się ich
ratunkiem. Glenarwan kazał go sobie
przyprowadzić. Rozmowa sprowadziła się do tego, że bandyta hardo udowadniał, że w każdym sądzie
będzie bardzo trudno udowodnić, że jest on w istocie Benem Joyce. Po czasie, wskutek próśb i nalegań lady Heleny
zgodził się wyjawić co wie, pod warunkiem wszakże, że zostawią go na jednej z
wysepek Pacyfiku. Będzie tam miał, jak się wyraził - czas na poprawę.
Jego opowieść była lakoniczna. Przyznał się, że kapitan Gran wysadził go na
ląd za karę. Zbuntował się bowiem i
podburzał załogę Britanii. O katastrofie dowiedział się dopiero od Glenarwana
podczas spotkaniu u kolonisty w Australii. Natychmiast powziął plan, który miał
doprowadzić do przejęcia statku. Niestety wszystko rozbiło się o roztargnienie
Paganela.
Umowa z bandytą została zawarta. Po naradach wybrano
Wyspę Marii Teresy, która nadawała się w sam raz na więzienie dla Ayrtona.
Ponadto była także na 37 równoleżniku, co miało dla podróżnych znaczenie
symboliczne.
Duncan pełną parą parł naprzód. Wkrótce w zapadającym
zmierzchu stanęli na kotwicy. Jutro Ayrton miał zejść na ląd.
Wieczorem po zapadnięciu zmroku Robert i Mary
usłyszeli z morza głos wołający
-
do mnie, do mnie!
Serce
im w jednej chwili zabiło mocno, bo wydawało się, że słyszą głos swojego ojca.
Mary mocno wzruszona osunęła się zemdlona, a Robert zaczął wołać o pomoc. Później
gorączkowo zaczął opowiadać o zdarzeniu. Wywołało to wiele współczucia u słuchających,
bo przecież biedne nieszczęśliwe dzieci z całą pewnością uległy halucynacji.
Nazajutrz o świcie okazało się, że dzieci nie miały
przywidzeń. John Mangles dostrzegł powiewający angielski sztandar. Na brzegu
stało troje mężczyzn. Byli to kapitan Grant i jego dwaj marynarze. Nareszcie.
Wielka podróż dobiegła końca. Rozbitkowie wrócili do cywilizacji.
Po paru dniach Duncan ruszył w drogę powrotną. Na brzegu pozostał Ayrton, którego samotna
sylwetka pomału rozwiewała się pośród mgiełki.
Dlaczego
podróżni musieli opłynąć świat, aby w końcu trafić na maleńką wysepkę?
Po zobaczeniu zachowanych skrawków listu kapitan Grant
wskazał, że zachował się napis z nazwą wyspy. Wprawdzie pierwsza litera był
zatarta. Ale reszta była aż nadto czytelna. Wyraz „.abor” był częścią nazwy
Tabor, bo tak nazywała się przecież wyspa. Tymczasem miała ona dwie nazwy Tabor
i Wyspa Marii Teresy. Paganel miał w głowie tylko tą angielską nazwę. Tymczasem
był przecież Francuzem i powinien był, jako słynny geograf wiedzieć, że to samo
miejsce może się różnie nazywać.
Ze wstydu imć pan profesor nazwał siebie osłem
uczonym.
O dalszych losach Ayrtona można przeczytać w powieści
Juliusza Verne’a „Tajemnicza wyspa”