Znajdź
×

Zarejestruj się

Użyj swojego profilu na Facebook, żeby szybciej się zarejestrować

albo

Załóż konto na Schvoong wpisując dane

Jesteś zarejestrowany? Zaloguj się!
×

Zaloguj się

Zaloguj się używając konta na Facebook

albo

Nie jesteś zarejestrowany? Zarejestruj się!
×

Zarejestruj się

Użyj swojego profilu na Facebook, żeby szybciej się zarejestrować

albo

Zaloguj się

Zaloguj się używając konta na Facebook

Strona główna Shvoong>Książki>Dzieci I Młodzież>Dzieci Kapitana Granta część III

Dzieci Kapitana Granta część III

książki Streszczenie   według:andy56     Autor : Juliusz Verne
ª
 
Kapitanem Macquarie było odpychające indywiduum, z
którym po dość nieprzyjemnych negocjacjach dobito targu i w ich rezultacie
wszyscy podróżni znaleźli się na pokładzie brygu. Rejs trwał i zastanawiające
było, że statek w ogóle posuwał się WE właściwym kierunku, bo załoga i kapitan
nie trzeźwieli. Doprowadziło to w końcu
do sytuacji, w której los statku zdawał się być przesądzony. Prądy morskie oraz
wzburzone morze zniosły statek z kursu i ten pośród kipieli powstałej wskutek
obecności skał podwodnych miotał się, by w końcu osiąść na którejś z nich. Na
domiar złego ciemności sprawiły, że załoga wraz z kapitanem w pośpiechu
opuściła pokład zostawiając pasażerów na pastwę losu. Zostali jednak ukarani,
bo nazajutrz dostrzeżono dryfujące potrzaskane czółno bez śladu kogokolwiek.

Statek nie nadawał się użytku. Uszkodzenia wprawdzie
nie dyskwalifikowały go, ale w żaden sposób, pomimo starań, nie udało się go
ściągnąć z mielizny. Do brzegu Nowej Zelandii było około dwudziestu mil, a
miotany falami bryg z każdą chwila mógł się rozpaść. Ratunkiem było zbudowanie tratwy
i za pomocą fal pływowych – w czasie przypływu płynąć, a czasie odpływu stać na
kotwicy – dostać się na brzeg. Celem był kraj w niczym nie przypominający
Australii z zamieszkującymi ją łagodnymi plemionami Aborygenów. Na Nowej
Zelandii czekali ukryci pośród gąszczu Maorysi, będący w stanie wojny z
Anglikami. Chodziły słuchy, że wśród krajowców zdarzały się przypadki
kanibalizmu, więc wyprawa w głąb wyspy nie była bynajmniej sielanką.

Dobito w końcu do brzegu i okazało się, że do Auckland
idąc w kierunku na północ mają około osiemdziesięciu mil. Niezwłocznie
rozpoczęto marsz. Idąc dziesięć mil na dobę szacowali, że będą w Auckland za
osiem dni. Tymczasem rzeczywistość spłatała im strasznego figla. Będąc
pogrążonymi we śnie zostali zaskoczeni przez Maorysów, którzy zapakowali całą
dziewiątkę do dużej łodzi i popłynęli z nimi w górę rzeki Waikato. Los
wędrowców wydawał się beznadziejny. Biali ludzi będący w niewoli u krajowców
mogli liczyć, albo na wymianę, jeżeli Anglicy zechcą wydać złapanych maoryskich
wodzów, albo na śmierć. Zresztą wódz Maorysów zapytany wprost nie pozostawił w
tej kwestii żadnych złudzeń.

Podróż trwała kilka dni, aż w końcu dotarli do jeziora
Taupo. Okolica była wulkaniczna. Czuło się, że pod ziemią kipi ogromna moc. Tu
i ówdzie widać było wydobywającą się z ziemi gorącą parę. Niepewnych, co
dalszego losu podróżnych chciano zamknąć w odosobnionej chacie. Tymczasem wydarzenia,
jakie nastąpiły wywołały diametralny zwrot akcji. Jeden z wodzów chciał lady
Helenę uczynić swoją żoną (raczej nałożnicą). Glenarwan nie wytrzymał wyciągnął
rewolwer i zastrzelił tego wodza. W zamieszaniu, jakie nastąpiło zniknęli
Paganel i Robert. Pozostałą siódemkę zamknięto pod strażą i otoczono opieką
tabu. Był to zwyczaj powszechnie stosowany dla ochrony przed zemstą lub
profanacją. Ten, kto podniesie rękę na kogoś,
kto jest tabu spotka się z karą bogów.

Maorysi zaczęli czynić przygotowania do pogrzebu
wodza. Nie ulegało też wątpliwości, że śmierć grupki europejczyków uświetni
uroczystości po pogrzebie wodza. Nieszczęśnicy szykowali się na śmierć, gdy
tymczasem przy chacie, gdzie byli zamknięci, pojawił się Robert.. Chłopiec z
zewnątrz, a pozostali od wewnątrz rozpoczęli kopanie tunelu pod ścianą
chaty. Udało się to nadzwyczajnie i w
krótkim czasie cała ekipa chyłkiem przemykała się, byle dalej od niechybnej
śmierci. Niestety w dalszym ciągu nie wiadomo było co stało się z Paganelem.
Tymczasem w dole zauważono ucieczkę. Maorysi z rykiem rzucili się w pogoń.
Uciekinierzy biegli jedynie możliwą drogą, czyli pod górę. Nagle w oddali
zobaczyli maleńką fortecę. To był grób zabitego przez Glenarwana wodza. W
pewnym momencie zbliżających się nieubłaganie
tubylców nagle coś zatrzymało - stanęli jak wryci. W sercach
uciekinierów pojawiła się nadzieja, bo grób wodza, jak się okazało, także był
tabu i gdyby udało się im tam dostać mieliby szanse na przetrwanie pierwszego
okresu wrzenia po ich ucieczce, a później być może na ucieczkę. Zbliżyli się do grobowca i zauważyli, że
środku ktoś jest. Jakiś krajowiec.
Okazało się, że to był przebrany w strój krajowca Paganel. Niestety był on
jakiś odmieniony. W czasie gdy udało mu się oddalić od zamieszania wywołanego zabiciem wodza,
przebywał jako jeniec u wodza o imieniu Hihy. Tam został wytatuowany, co
wstydliwie przemilczał w czasie swojej opowieści. Szczęśliwie którejś nocy
przeciął krępujące więzy i umknął. Wiedział, że jedyna nadzieja jest w
wykorzystaniu zabobonu tabu i dlatego starał się znaleźć na górze gdzie stał
grobowiec wodza. Szczęśliwie dotarł tam, a teraz są tam wszyscy. Jeszcze raz
cudem uniknęli śmierci.

Pod całą okolicą wrzało w dosłownym tego słowa
znaczeniu i byle jaki otwór zrobiony w ziemi powodował wydostawanie się na
zewnątrz obłoków gorącej pary. Głębszy otwór mógł nawet sprowokować wydostanie
gorącej lawy. Natchniony nagle Paganel podzielił się ze współtowarzyszami
pomysłem, aby sprowokować mini wybuch wulkanu. Miało to sprawiać wrażenie, że
święta góra sama wymierzyła sprawiedliwość świętokradcom. Pomysł udał się nadzwyczajnie,
a rezultatem było opuszczenie podnóża góry przez krajowców. Góra stała się
jeszcze bardziej święta niż była dotychczas. Droga ucieczki stanęła otworem.
Opublikowano dnia: 08 marca, 2008   
Proszę oceń : 1 2 3 4 5
Tłumacz Wyślij Odnośnik Drukuj
X

.