Znajdź
×

Zarejestruj się

Użyj swojego profilu na Facebook, żeby szybciej się zarejestrować

albo

Załóż konto na Schvoong wpisując dane

Jesteś zarejestrowany? Zaloguj się!
×

Zaloguj się

Zaloguj się używając konta na Facebook

albo

Nie jesteś zarejestrowany? Zarejestruj się!
×

Zarejestruj się

Użyj swojego profilu na Facebook, żeby szybciej się zarejestrować

albo

Zaloguj się

Zaloguj się używając konta na Facebook

Strona główna Shvoong>Książki>Dzieci I Młodzież>Dzieci Kapitana Granta część II

Dzieci Kapitana Granta część II

książki Streszczenie   według:andy56     Autor : Juliusz Verne
ª
 
37 równoleżnik przebiega o 2° poniżej Przylądka Dobrej Nadziei, najbardziej na południe wysuniętego cypla Afryki i na drodze do Australii zahacza o wyspę Tristan da Culcha oraz o Wyspy Amsterdamskie. List z butelki kapitana Granta ani słowem o nich nie wspomina, więc Duncan skierował swój dziób w stronę Australii. Podróż przebiegała nad wyraz spokojnie. Mijały dni. Niewiele już mil zostało go przepłynięcia, gdy wiatr, któregoś dnia zamarł, żagle obwisły, a cisza, która nastała niestety była zwiastunem sztormu. Burza, jaka się rozpętała spychała statek na brzeg. Załoga ze wszystkich sił starała się utrzymać statek na głębokiej wodzie, Niestety widmo katastrofy było, jak im się zdawało, nieuchronne. Zrządzeniem Opatrzności kapitan przypomniał sobie o starym marynarskim sposobie wygładzania wzburzonych fal. Rozlana na powierzchnię morza oliwa złagodziła wodę i dzięki temu pośród kipieli dostrzeżono przesmyk pomiędzy rafami i Duncan szczęśliwie manewrując schronił się w zacisznej zatoce. Niestety jacht doznał uszkodzeń. Śruba była skrzywiona i mógł płynąć tylko pod żaglami. Uchwalono, że popłynie on pod dowództwem Austina do Melbourne. Tam w stoczni dokonają stosownych napraw. Następnie popłynie na wschodnie wybrzeże Australii by tam czekać na ekipę poszukiwawczą, która wzdłuż 37 równoleżnika, z zachodu na wschód przemierzy kontynent, mając nadzieję, że tym razem odnajdą kapitana Granta. Na samym wstępie podróży w głąb lądu zawitali w obejście zadomowionego tam kolonisty. Ten przyjął ich bardzo serdecznie, lecz nie słyszał, żeby w ostatnim czasie rozbił się w pobliżu jakiś statek. Nagle do rozmowy wmieszał się pewien człowiek. Szkot o imieniu Ayrton, który, jak utrzymywał, na krótko przed katastrofą Britanii został zmieciony przez fale do morza. Nie utonął, ale był przekonany, że statek się roztrzaskał, a cała załoga utonęła. Dzisiaj słysząc te opowieści uzmysłowił sobie, że ktoś jednak ocalał . Z ogromnym zapałem wyraził chęć wzięcia udziału w poszukiwaniach. Jednak nie wszystkim Ayrton się podobał. Major Mac Nabs sam nie wiedząc, dlaczego - poczuł do niego antypatię. Pokrzepieni na duchu podróżni za trzy dni ruszyli. Droga przez prowincję Wiktorii była monotonna. Trochę urozmaicenia sprawiło spotkanie z ogromnym stadem bydła i przeprawa przez rzekę, która niestety zakończyła się uszkodzeniem wozu. Trzeba było zaczekać na kowala, którego w ciągu kilku godzin sprowadził Ayrton. Podróż przerywały im zdarzenia, które mroziły krew w żyłach. Wydarzyła się katastrofa kolejowa. Pociąg spadł z mostu. Było mnóstwo zabitych. Okazało się, że była to zbrodnia dokonana przez bandę niejakiego Bena Joyce. Trzeba było się mieć na baczności, bo mogli stać się bardzo łatwym celem napaści. Ruszyli w dalszą drogę. Odwiedzili kopalnię złota.. Zastanawiali się, dlaczego liście eukaliptusa odwracają się do słońca krawędzią. Prowadzili dyskusje na temat miejscowej flory i fauny, bo podróż przebiegała monotonnie. Napotkali po drodze polujących Aborygenów. Niestety o kapitanie Grancie nie było, jak dotąd żadnych wieści Dziwnym trafem, co jakiś czas trapiły ich różne złe zdarzenia.
Najpierw padł jeden koń, później drugi. Potem spętane na noc zwierzęta uwolniły się i dalsza podróż stanęła pod znakiem zapytania. Ocalał tylko jeden koń i Ayrton nalegał, aby wysłać do Melbourne posłańca, który sprowadziłby pomoc. Wypadki potoczyły się jednak inaczej major zdemaskował Ayrtona, którego prawdziwe imię brzmiało Ben Joyce. Na te słowa Ayrton dobył rewolweru i strzelił do Glenarwana. Ten został lekko ranny. Ayrton natomiast uciekł. Uradzono, że po pomoc do Melbourne wyruszy jeden z marynarzy. Paganel napisał list, w którym prosił Toma Austina o niezwłoczne wypłynięcie w morze i skierowanie jachtu na wschodnie wybrzeże Australii pod 37° szerokości geograficznej. Marynarz Mulrady wieczorem wyruszył. Niestety daleko nie ujechał, bo po jakimś czasie przyczołgał się z powrotem. Był ciężko ranny. List przepadł. Było prawie pewne, że Duncan stanie się łupem bandytów, którzy zrobią z niego statek piracki. Wydostanie się z położenia, w jakim się znaleźli było bardzo trudne. Próbowano nawet zbudować tratwę i popłynąć w dół rzeką. Niestety wezbrane wody rzeki Snowy porwały tratwę i nie pozostało im nic innego, jak piesza wędrówka. Po kilku dniach mordęgi dotarli jednak nad morze, lecz horyzont był pusty. Duncana nie było widać. Okolica, w której się znaleźli była zamieszkana, były też drogi, więc dalszą podróż odbyto dyliżansem. Podczas postoju w mieście Eden Glenarwan wysłał telegram do Melbourne z zapytaniem czy Duncan wypłynął z portu. Odpowiedź nadeszła niebawem i była tylko potwierdzeniem ich obaw. Statek wpadł w ręce bandytów. Tak oto zakończyła się podróż po Australii. Nie znaleziono też kapitana Granta. Gdzie on, zatem jest? Skąd wrzucił pamiętną butelkę do morza? Położenie, w jakim się znaleźli wykluczało dalsze poszukiwania. Mary i Robert dzielnie znosili fakt, iż trzeba będzie teraz udać się do Europy. Radzono, jakie czynności należałoby podjąć, aby jak najszybciej móc wsiąść na statek udający się na stary kontynent. Paganel zaproponował rozwiązanie, które przypadło wszystkim do gustu. Mianowicie w porcie opodal stał bryg, Macquarie, który w najbliższym czasie miał wypłynąć do Auckland w Nowej Zelandii. Nawiasem mówiąc miasto to znajdowało się także na 37 równoleżniku. Oficjalnym powodem było jednak to, że stamtąd łatwiej było znaleźć statek płynący do Europy.
Opublikowano dnia: 08 marca, 2008   
Proszę oceń : 1 2 3 4 5
Tłumacz Wyślij Odnośnik Drukuj
X

.