Powieść Juliusza Verne’a „Dzieci kapitana Granta” jest historią poszukiwania kapitana Harry
Granta i dwóch marynarzy z zaginionego gdzieś na oceanach żaglowca „Britania”.
Akcja zaczyna się na pokładzie jachtu parowo -
żaglowego „Duncan”, który mając na pokładzie właściciela lorda Glenarwana jego
żonę lady Helenę pod dowództwem kapitana Johna Manglesa odbywał swój dziewiczy
rejs. Urozmaiceniem podróży stał się połów rekina, co było u zachodnich
wybrzeży Szkocji wydarzeniem niezwykłym. Połów się udał Rekina wyciągnięto na
pokład, wypatroszono i pośród wnętrzności znaleziono butelkę, a w niej trzy
zapisane skrawki papieru - niestety w dużej części nieczytelne. Okazało się, że
na każdej z kartek jest ten sam tekst zapisany w trzech różnych językach –
angielskim, niemieckim i francuskim. Po złożeniu fragmentów z poszczególnych
kartek w jedną całość odczytano, że niejaki kapitan Grant i dwaj marynarze
znajdujący się pod 37°11” szerokości geograficznej południowej, po zatonięciu 7
czerwca 1862 roku ich trójmasztowca nazywającego się Britania, wrzucili do
morza butelkę z listami. Niestety zapis o długości geograficznej był rozmyty
przez wilgoć..
Informacja o losie kapitana wywołała spore
zainteresowanie w Szkocji, rozpisały się gazety, a do posiadłości Glenarwanów zgłosiły
się dzieci kapitana z prośbą o informacje o ojcu. Niewiele tego było – trzy
kartki, które niewiele mówiły. Wiadomo jednak było, że kapitan żyje. Szesnastoletnia
Mary i jej młodszy brat Robert dowiedzieli się, że lord Glenarwan udał się do
Londynu, aby nakłonić władze do poszukiwań. Po kilku dniach wrócił z niczym,
Odmówiono wszczęcia poszukiwań. Minęło wszakże trzy lata i wg urzędników było
mało prawdopodobne, aby kapitan przeżył tyle czasu nie dając ponownie żadnego
znaku życia. W zamku Malcom Castle rodzinnej posiadłości lorda zapanował smutek.
Nastrój przygnębienia rozwiał się, gdy lady Helena po
jakimś czasie zaproponowała, że sami na Duncanie, zamiast planowanej wakacyjnej
podróży po Morzu Śródziemnym, udadzą się na poszukiwania kapitana. Wszyscy
ochoczo przytaknęli, a dumny Glenarwan szczęśliwy z powodu postawy żony ochoczo
zabrał się do przygotowania wyprawy. Trwały one zaledwie miesiąc i 25 sierpnia
1864 roku jacht był gotów do wypłynięcia.
Na pokładzie oprócz Glenarwanów, kapitana Manglesa i
dzieci kapitana Granta był również major Mac Nabs i drugi oficer Tom Austin. Osoby
te zajmowały pięć spośród sześciu kajut. Nad ranem następnego dnia okazało się,
że i szósta jest zajęta. Wielkie było zdziwienie załogi, gdy rano pojawił się
na pokładzie nowy pasażer – niejaki Jakub Paganel, który jak przystało na
roztargnionego naukowca przybywszy w nocy do portu najzwyczajniej w świecie po
prostu pomylił statki. Poczynał sobie nader obcesowo myśląc, że członkowie
załogi spotkani o poranku to stewardzi. W osłupienie wprowadziła go wiadomość,
że znajduje się na prywatnym jachcie. Niestety Duncan był już od dobrych paru
godzin w morzu i opuszczenie go było niemożliwe.. Tajemniczy pasażer na gapę
okazał się Sekretarzem Towarzystwa Geograficznego, który wskutek swojej pomyłki
stał się przymusowym członkiem wyprawy.
Duncan płynął do Chile, by stamtąd - ekipa ratunkowa:
lord Glenarwan, Paganel, major Mac Nas, Robert, Tom Austin i dwóch marynarzy,
mogli udać się na poszukiwania.
Trasa miała biec wzdłuż 37 równoleżnika poprzez
Kordyliery i tereny Patagonii, aż do wybrzeży atlantyckich, gdzie miał na nich
czekać Duncan. Teren, przez który mieli podróżować był dziki i pełen
niebezpieczeństw. Przekonali się o tym bardzo szybko.
Którejś nocy ze snu obudziło ich trzęsienie ziemi.
Płyta skalna, na której się znajdowali zaczęła się zsuwać z ogromną szybkością
w dół.. Jazda była iście szaleńcza. Szczęśliwie przetrwali kataklizm, ale po
drodze zniknął Robert. Zdruzgotany Glenarwan poprzysiągł sobie, że nie odejdzie
nim go nie odnajdzie. Po kilku godzinach na tle nieba ukazał się szybujący
kondor trzymający w szponach chłopca. Rozległ się strzał, celny strzał, który
oddał ktoś obcy, jak okazało się po chwili był to Patagończyk o imieniu
Thalcawe. Podziękowaniom nie było końca. Robert trochę tylko oszołomiony był
cały i zdrowy. Thalcawe poproszony o przewodnictwo zgodził się im towarzyszyć.
Opuszczali po kilku dniach Chile i góry z wiedzą, że o
kapitanie Grancie nikt tam nie słyszał. Przed nimi były rozległe pampasy
Argentyny i nowe niebezpieczeństwa. Na początek dopadł ich upał, potem
wyczerpały się zapasy wody. Na domiar złego, którejś nocy chciały sobie z nich
zrobić śniadanie głodne i równie spragnione jak oni sami czerwone wilki. Przy
tej okazji Robert dał wyraz najwyższej odwagi odciągając je od swoich
towarzyszy poprzez taktyczną ucieczkę na koniu Patagończyka. Wilki jak szalone
rzuciły się za nim w pościg. Dobry, rozumny koń ocalił chłopca. Uciekł wilkom. Nikomu
z podróżnych nic się nie stało.
Do czasu - ponieważ dane im było przeżyć wkrótce nowe
przygody. Nagłą powódź, przed którą schronili się na ogromnym drzewie. Rozstanie
z Thalcawe, którego wraz z koniem porwała woda. Pożar drzewa, przed którym nie
było ucieczki, bo w wodzie wokół czaiły się kajmany. Wybawieniem - wydawało
się, że w sytuacji bez wyjścia - stało się tornado, które wyrwało wielkie drzewo
z korzeniami. Miotane wichrem wraz z
uczepionymi podróżnymi pływało po wezbranych wodach by w końcu trafić na stały
lad. Czekał już tam za nimi Thalcawe. Jego wraz z koniem też zniosło w to samo
miejsce.
Do Atlantyku było już bardzo blisko. Wrócili –
niestety bez kapitana Granta, za to z nową koncepcją Paganela, że bardzo
prawdopodobne jest to, iż kapitan i dwaj marynarze są w Australii. „Dokładna” analiza
dokumentów z butelki „ponad wszelką wątpliwość” wykazała, że przeoczono istotne
fragmenty tekstu.
Duncan wyruszył, więc w dalszą drogę. Do pokonania
miał dwa oceany Atlantycki i Indyjski.
Odpłynęli, a na brzegu widać było malejącą sylwetkę
Thalcawe. Stał nieruchomo patrząc za nimi smutnym wzrokiem.