Narrator wspomina pewne wydarzenie z czasów drugiej wojny światowej. Zawsze łączy mu
się ono w pamięci z obrazem pod tytułem "
Ikar". Malarz przedstawił na nim chłopa orzącego ziemię, pasterza pasącego stado na wysokim brzegu morza, wędkarza i płynący statek, na którego pokładzie widać kupców rozprawiających zapewne o interesach. Wszyscy zajęci są swymi codziennymi sprawami. W oddali widać zarysy miasta. Tytułowego Ikara można zauważyć dopiero po dokładnym wpatrzeniu się w obraz. W jego dolnym rogu widać dwie nogi wystające, a w powietrzu unosi się parę piór. Bohater greckiej legendy, który chciał wzbić się do nieba, ginie. Słońce roztopiło wosk, którym przymocował pióra do skrzydeł, więc musiał spaść do morza. Tragizm wydarzenia potęguje fakt, że nikt spostrzegł jego nieszczęścia. Tylko artysta, poeta czy malarz, zauważył tę śmierć i uwiecznił ją.
Tamto okupacyjne przeżycie miało miejsce w 1942 lub 1943 roku. Pięknego letniego wieczora
Narrator stał na przestanku tramwajowym na rogu ulicy Trębackiej i Krakowskiego Przedmieścia. Panował wzmożony ruch, gdyż ludzie spieszyli się, aby zdążyć do domu przed godziną policyjną. Słońce rzucało rdzawy blask, pachniały kwiaty, śpiewały ptaki. O tej porze na ulicach tylko z rzadka pojawiali się żołnierze, można, więc było ulec złudzeniu, że w stolicy nie ma okupanta.
Narrator długo czekał na tramwaj, do którego mógłby się dostać, ale gdy taki nadjechał, zrezygnował z jazdy. Spodobało mu się obserwowanie rozedrganego tłumu, pojazdów obwieszczonych podróżnymi, sprzedawców papierosów i ciastek, pomnika Mickiewicza okolonego rabatami kwiatów.
W pewnej chwili od ulicy Bednarskiej nadszedł piętnastko- lub szesnastoletni
chłopiec z rozłożoną książką w ręku. Z kieszeni wystawała druga książka. Stanął na wysepce tramwajowej i dalej nie przerywał czytania. Nie zważał na potrącenia, zajęty całkowicie treścią tomu. Pewnie przed chwilą pożyczył książki w jakiejś tajnej bibliotece lub od kolegi i nie miał w sobie tyle cierpliwości, aby zaczekać z lekturą na powrót do domu. Niespodziewanie wciąż ze wzrokiem utkwionym w kartkach książki, chłopiec zrobił krok na ulice, wprost pod nadjeżdżający samochód. Rozległ się pisk hamulców i opon. Pojazd gwałtownie się zatrzymał. Narrator z przerażeniem zobaczył, że była to karetka gestapo. Wyskoczyło dwóch gestapowców, z których jeden krzyczał bardzo głośno, a drugi z szyderczym uśmiechem zapraszał chłopca do środka. Narrator patrzył, jak młodzieniec, którego w myślach nazwał Michasiem, przepraszającym i dziecinnym gestem kręcił głową, jakby tłumaczył, że wszystko przez książkę i że to już więcej się nie powtórzy. Stał onieśmielony niemal zażenowany przy drzwiach karetki i ostatnim duchem traconego życia bronił się przed wejściem do środka. Żandarm wyrwał chłopcu tę książkę i popchnął go do wnętrza wozu. Gestapowcy także wsiedli do karetki i ruszyli szybko w kierunku Alei Szucha.
Narrator spoglądał na ludzi dookoła i, zdumiony, nie zauważał żadnej reakcji. A przecież chłopiec z książką zginął. Wszyscy byli jednak zajęci własnymi sprawami, a całe zdarzenie rozegrało się tak szybko, że właściwie przeszło bez echa. Tylko narrator zauważył, że
Ikar utonął.
Przerażające okrucieństwo tego zdarzenia i jego bezmyślność poruszają go jeszcze do dziś. Ci, którzy w tamtych czasach ginęli w walce, mogli się pocieszać, że ich śmierć czemuś służy. Ale jakże wielu było takich, którzy odchodzili w głupi, w niepotrzebny sposób, jak ów chłopiec. Narrator nie miał wątpliwości, że "
Ikar" nie zdoła się wyrwać z rąk okupanta. Wyobrażał sobie rodziców chłopca, którzy nigdy nie dowiedzą się o okolicznościach jego zaginięcia. Długo jeszcze niósł w myśli obraz Michasia nieporadnie próbującego uniknąć śmierci...
Więcej recenzji na temat Ikar