Brutalna szczerość tej książki obnaża okrucieństwo i bezsens wojny. Ludzie giną tu w imię mglistych ideałów, zabijają
się
za pojęcie granicy państwowej, za układy dokonywane w zaciszach gabinetów. Właściwie tylko zaczynają od tego – kończą na walce o życie. Bo w końcu nie chodzi już o to, żeby zabić wroga, ale zabić go, zanim on zabije.Ludzie to mięso armatnie, a jednocześnie dzikie, drapieżne zwierzęta i coraz wymyślniejsza machina do zabijania. Wszystkie te jestestwa i upiorność walki, jaką sami potrafimy sobie zgotować oddaje w pełni ten fragment książki, w którym mowa o wyższości szpadla nad bagnetem, gdy dojdzie do walki wręcz. Bagnetem trzeba przede wszystkim dobrze wycelować, on może zaklinować
się między żebrami, trzeba wtedy odepchnąć ciało nogą, a czasem nie udaje się już odzyskać ostrza... Saperką wystarczy mocno się zamachnąć, trudno nią nie trafić w cel, miękko wchodzi w gardło, swobodnie wpada między szyję a ramię, właściwie przecina się nim kawał człowieka w okolicy szyi i klatki piersiowej – i on nie ma szans na przetrwanie, a narzędzie i owszem, bez trudu wyjdzie i posłuży dalej.Podobnej jatki dość można było uwidzieć na Wielkiej Wojnie – jeszcze mało nowoczesnej, nieczystej, jeszcze bez bomb zrzucanych z daleka ku zagładzie całych miast, bez pocisków wwiercających się w człowieka bez śladu, żeby dopiero w środku ciała zrobić spustoszenie i wyjść z niego już nie tak elegancko – wyrywając pół pleców. Tych wynalazków cywilizacji jeszcze nie było, więc krew zostawała na rękach wroga. A kolejne miesiące takich walk i kolejne zwłoki młodych chłopców skwitowane na końcu tego obrazu słowami telegramu wojskowego „na zachodzie bez zmian”.Koszmarny krwawy absurd. Nie ma tu bohaterów rzucających się na wroga w imię Ojczyzny, ze słowami „za wolność” na ustach. Jest zimny, brudny okop, w którym ktoś umiera powoli od małej kuli, a kolejna śmierć czyha w postaci zbliżającej się nieubłaganie mgły trującego gazu. Jest naturalistyczny obraz technik zabijania, ale są i wspomnienia z czasów pokoju i chłopięce marzenia, do których spełnienia nie zdążyli dorosnąć, między walkami. Giną jeden po drugim.Książkę napisał Erich Maria Remarque, niemiecki pisarz, w 1929 roku. Dwa lata później zaprotestował przeciw nazizmowi rozpoczynając życie na emigracji. Pisze naturalistycznie o wojnie, żeby zamanifestować swój pacyfizm. I te przekonania zaszczepia w czytelnikach: pokazując, jak nieporozumienia między mocarstwami przemieniają się w rzeź i ile istnień ludzkich kosztuje przesunięcie linii frontu. Książka rodzi bunt przeciw bezmyślnemu okrucieństwu, niezgodę na ból, którego nie trzeba znosić, na obezwładniającą głupotę igrania z życiem.