W najnowszej książce Ewy Białołęckiej „Róża Selerbergu” otrzymujemy opakowany w perwersyjnie różowo – czarną okładkę zbiorek
opowiadań, w większości poświęconych mieszkańcom tytułowego zamku Selerberg. Poznajemy dziedzica, jego małżonkę, a przede wszystkim – dwójkę <w porywach do trójki> charakternych dzieci. Rinaldo i Margerita von Selerberg, przeżywając wzloty, upadki i ślizgi na falach życia, składającego
się na „romans psychodeliczny”, „erotyk kulturystyczny”, „dramat zaręczynowy”, „thriller okultystyczny”, a wreszcie „Halloween eksperymentalne”, podbijają serca czytelników w rytmie piosenki krasnoludzkiego zespołu Cooler Dwarfs („Kupiłem sobie czarny oskard...”). Nigdy nie przewidzi się, co akurat przytrafi się bohaterom,
czy to w koedukacyjnej szkole eksperymentalnej, gdzie lustrom buzia się nie zamyka, a brokułom źle patrzy w oczu, czy to w domu, gdzie gęsi alarmowe paradują dumnie po blankach.
Oprócz ekscentrycznej rodzinki z Selerbergu, z kart „Róży” wystawiają na nas pyski lengchoriańskie smoki, znane już czytelnikom z serii „Kroniki Drugiego Kręgu”, tym razem oglądane z perspektywy nieudolnych smokobójców, pechowych urzędników Miejskiego Oddziału Drakonizacyjnego czy zwykłych obywateli, nieco poirytowanych zniknięciem kolejnej kokoszki. Dowiadujemy się, jak trudno zdobyć smoczy łeb, zwłaszcza dźwigając bagaż podręczny w postaci stadka braci. Poznajemy żądną przygód smoczycę w kilku odsłonach, w tym w dość nieprzyjemnej, choć wymuszonej przez okoliczności konfrontacji z kopą świeżych jabłek. „Przyczajony rycerz, ukryty smok” zapewnią rozrywkę każdemu wielbicielowi świata Lengchorii i okolic (zwłaszcza okolic).
„Róża Selerbergu” bawi do łez, a czytelnik długo nie może otrząsnąć się z oparów przymilnej, różowej mgiełki, chwytającej go w swe macki równie sprawnie, jak pracownicy urzędu znanego jako HELL. Nomen omen, jak powiedziałby być może landgraf von Selerberg (motto rodu „homo hominis sapiens aqua minerale”). Dla każdego coś... różowego?