Raport z oblężonego miasta
Pan Cogito długo przebywał poza krajem, na obczyźnie, ale teraz
postanowił wrócić
do ojczyzny /Pan Cogito –
powrót/. Wie, że w kraju
nie czeka go nic dobrego: „kamienne łono ojczyzny”, „skarbiec
wszystkich nieszczęść”. Decyzja o powrocie jest niezwykle dramatyczna.
Przyjaciele pytają, dlaczego? On jeszcze tego nie wie, ale czuje, że
tam pozostały rzeczy najważniejsze: korzenie, dzieciństwo, wspomnienia.
Serce podpowiada, że wybór jest jedyny. To jakiś pierwotny zew, trudny
do nazwania. Pan Cogito sądzi, że po powrocie uda mu się znaleźć
odpowiedź na to pozornie proste pytanie. Nie będzie ona rzeczą prostą,
bo oto zbliża się do granicy, widzi „mordercze wieże strażnicze”
niewróżące niczego dobrego, druciane zasieki. Ojczyzna jest zniewolona.
Wjeżdża jak do klatki, z której nie ma powrotu. Na obczyźnie pozostawił
parę rzeczy, do których się przywiązał, ale to nic ważnego. Tamten
lepszy świat, wygodne życie, „wystawy obfitości” – to wszystko napawa
do znudzeniem. Życie wydaje się jałowe. Tu musiałby sztucznie leczyć
ranę swego serca, gdyż ciągle odnawiałaby się. A to ponad jego siły.
Czuje, że ma jakiś obowiązek wrócić, choćby nawet przyszło mu
odpowiadać na podstępne pytania, żyć w strachu, czy otrzymać uderzenie
znienacka. Chce się zmierzyć z tą rzeczywistością Polski powojennej.
Chce być może dać świadectwo, chce się zaangażować w walkę.
W wierszu „Pan Cogito o
potrzebie ścisłości” poeta upomina się o
rozliczenie ofiar systemów totalitarnych. Nazywa je, używając kolorów
terroru, a więc biały – carat, czerwony – komunizm, brunatny – nazizm.
Matematyka stosowana, zdaniem poety, nie potrafi sobie poradzić z
prostymi obliczeniami arytmetycznymi. Tylko dzieci potrafią właściwie
korzystać z dobrodziejstw matematyki. Sprawy ludzkie pozostają
zaniedbane. Brak ścisłych danych, co do liczby ofiar licznych bitew,
które miały miejsce w bliższej lub dalszej przeszłości. Czy przyczyną
takiego stanu rzeczy może być pomieszanie popiołów przez wiatr lub
spłynięcie krwi ofiar rzeką do morza? Tych niezliczonych ofiar nie da
się prosto wytłumaczyć, zresztą takie tłumaczenia wzbudzają niepokój
człowieka myślącego. Może nie chcą niczego wytłumaczyć? Kogo obchodzi
ten, który już dawno odszedł? Potrafimy dobrze liczyć, ale ta
makabryczna buchalteria wymyka nam się. Poeta jest zaniepokojony,
ponieważ zaginięcia ludzi zdarzały się na jego oczach, a nikt nie
potrafił tego wyjaśnić, ogarnąć rozumem. A może nie potrafiono się
zebrać do działania.
Ofiary katastrof są łatwe do policzenia. Jeśli nie doszukano się
jakichś ciał po trzęsieniu ziemi lub powodzi, uznaje się te osoby za
zaginione. Poeta nieco cynicznie zauważa, że może kiedyś się odnajdą.
Nikt już nigdy nie zapyta o nie.
Herbert wspomina tych, którzy zginęli „w walce z władzą nieludzką”.
Zginęli bezimiennie, a świadkowie zbrodni milczą zastraszeni,
bagatelizując rozmiary zbrodni. Ciał nie ma, znikły w „przepastnych
piwnicach gmachów policji”. Świadkowie zbrodni też są zastraszani,
torturowani, nigdy nie powiedzą prawdy. Historycy z upodobaniem
powtarzają słówko, „około”, które jest „haniebnym” słowem. Nie wiadomo,
jaka liczba się pod nim kryje. Każdy z tych niepoliczonych ludzi był
czyimś synem, bratem, miał imię. Teraz należy odnaleźć to imię,
policzyć wszystkich – jesteśmy im to winni. Do grobu włożyć trzeba
amulet, bo tak czynili przodkowie. My powinniśmy włożyć naszym braciom
pierścień wierności, bo oni zginęli za wierność swoim ideałom, za wolną
ojczyznę. Nie wyrzekli się jej w obliczu śmierci.
W wierszu pt. „17 IX” poeta wspomina datę napaści Związku Radzieckiego
na nasz kraj. Polska nie była zupełnie przygotowana do wojny z
Niemcami, oczekiwała na cud ze strony państw zachodnich, który nigdy
się nie zdarzył, a tu kolejny cios. Napaść sowietów przypominała
dobijanie konającego. Poeta mówi bez gniewu. Tak mówią ludzie, na
których się zwala zbyt dużo cierpienia, a oni sami nic nie mogą zrobić.
Mogą tylkoczekać na okazję do odwetu, która z pewnością nastąpi.
Bowiem Polacy nigdy nie zaprzestali walki o wolność swojej ojczyzny.
Poeta chce przestrzec najeźdźcę, że przyjmiemy go tu, a nawet użyczymy
grobu pod wierzbą, ale z pewnością nie zaniechamy walki. Potem
przyjdzie nam się uczyć „odpuszczania win”.
Zbigniew Herbert w „Raporcie z oblężonego miasta” opisuje rzeczywistość
stanu wojennego. Nietrudno się domyślić, że oblężonym miastem z utworu
Herberta jest Polska z okresu stanu wojennego. Poeta łączy jednak fakt
wprowadzenia stanu wojennego ze wcześniejszymi historycznymi
wydarzeniami. Właściwie stan oblężenia miasta-Polski trwa wiecznie, bo
stale ktoś usiłuje nam narzucać swoje rządy: od Gotów aż po PRL. Przez
cały ten czas trwa obrona polskiej tradycji i tożsamości narodowej
przed zalewem obczyzny, narzucanej nam przez coraz to nowych intruzów.
W momencie, gdy podmiot liryczny zdaje raport z oblężenia, niewiele już
zostało z dawnej świetności-zaledwie ruiny świątyń, widma ogrodów i
domów. Jednak nawet tego trzeba bronić, w przeciwnym razie nie
pozostanie już nic.
W wierszu Herberta miasto ma także inne znaczenie. Tym miastem może być
każdy z jego mieszkańców, każdy z Polaków. Jeśli broniące się resztkami
sił miasto padnie, i jeśli przeżyje choć jeden jego obrońca, wówczas on
będzie miastem, on będzie nosił w swej duszy wszystkie te wartości,
ten, który miasta tak zaciekle broni.
Oblężenie ma też metaforyczny sens. Oblężonym miastem może być każdy,
kto sprzeciwia się narzuconej obcej rzeczywistości. Zagrożenie w
wierszu Herberta jest realne, mimo że opisuje nie wojnę, a jedynie
polityczne zamieszki. Jedyną nadzieją może być wówczas pojedynczy
obrońca, który w pamięci swej zachowa wartości i ideały miasta-Polski.
W roku 1992 w zbiorze „Rovigo” poeta zamieścił wiersz „Guziki”. Temat
nawiązywał do daty 17 września - wiersz mówił o oficerach pomordowanych
w Katyniu. Tylko one widziały śmierć, tylko one pozostały świadkami.
Niemymi świadkami zbrodni, ale ich ilość przeradza się w potężny głos
chórów. To one upomną się o pamięć. W tym czasie już można było głośno
i otwarcie upominać się o pamięć pomordowanych przez Rosjan Polaków.
Herbert nie mógł pozostać obojętny, tym bardziej, że zginął tam Edward
Herbert, stryj poety.
Pod koniec życia wokół pana Cogito jest coraz mniej przyjaciół /Pan
Cogito na zadany temat: „Przyjaciele odchodzą”/. Wielu z nich odeszło
„poza mury Cesarstwa Empirii” i z nimi ma świetne relacje. To oni
wspierają go w trudnych chwilach. Natomiast wielu wybrało pobyt poza
granicami kraju. Uciekli w pośpiechu, „wybrali bezpieczne porty”.
Potrafi ich zrozumieć. Zrobiło się wokół pusto. Pan Cogito również
„nuci swoją arię pożegnalną”.