Książka, o której chcę napisać jest dla tych osób, które faktycznie lubią delektować
się słowem. Jest to zbiór osobistych
opowiadań, które mnie wydają
się bliższe poezji niż prozie, choć pisane są właśnie prozą. Tutaj bardziej niż o treść chodzi o same słowa o ich brzmienie, o te zachodzące pomiędzy nimi niuanse,
jednak sama akcja poszczególnych opowiadań też potrafi zainteresować. Autor dosłownie pieści każdy wyraz. Jest to specyficzny styl pisania, który oczywiście jak wszystko, co jest aż tak oryginalne nie każdemu będzie odpowiadać. Na pewno jednak ma swoich zagorzałych zwolenników. Jednak nawet ci, którzy za takim pisaniem nie przepadają, powinni w tym wypadku dać się przekonać, a jeżeli to konieczne zmusić do przeczytania paru pierwszych stron, by móc już za moment doznać uczuć, których w innym przypadku doznać by nie mogli. Poczuć pewien specyficzny klimat, nastrój, przenieść się wraz z autorem w opisywane miejsca. Czytając tę książkę czujemy to, co czuje autor, jego miłości, jego zachwyty, jego smutek, zbliżającą się starość, nawet subtelny rys nadchodzącej śmierci. Straszne, ale u niego jakby trochę odrealnione. Książka nie jest gruba, ale wydaje mi się, że nie powinno czytać się jej zbyt pospiesznie. Jej specyficzny klimat jest tym intensywniejszy, im bardzie się na niej skupiamy, wtedy niepostrzeżenie zaczynamy się przenosić w ten poetycki świat, utożsamić się z nim. To nie jest książka dla leniwych, ale warto chyba włożyć trochę wysiłku by doznać czegoś nowego, frapującego, czegoś, co może obudzi w nas pewną wrażliwość, dzięki której świat otworzy przed nami nowe tajemnice, jakieś ukryte drzwi, których wcześniej mogliśmy nie zauważać, bo może były nie dostrzegalne dla ludzi, którzy ze strachu lub z przyzwyczajenia myślą schematami i kroczą utartymi ścieżkami. Nad tą książką faktycznie trzeba się zastanowić, trzeba smakować, bo ona jest smakowita. Można ją porównać do egzotycznego owocu. W niej ważne jest każde słowo, nie wolno żadnego opuścić, jeśli chcemy by zainteresowała nas tak jak powinna i jak na to zasługuje. Poza tym omijając w niej coś, co wydaje nam się nudne, możemy zgubić jakiś istotny sens, do którego kluczem mógł być właśnie opuszczony przez nas wyraz czy zdanie a potem będziemy mówić, że to, co czytaliśmy sensu nie miało a to myśmy go tylko nie zauważyli. Przyznaję, że może początkowo jest trudno się wciągnąć, ale to pewnie zależy od nastawienia i od wrażliwości danej jednostki. Jednak, gdy to już się nam uda i pierwsze lody zostaną przełamane, znajdziemy się w świecie, który gdyby ktoś kazał nazwać jednym słowem to byłoby to słowo subtelny. Subtelny, delikatny świat. Nie znam takiego w rzeczywistości, może to też jest powód żeby przeczytać te opowiadania. Książka nosi tytuł „Mistrz haftowanego słowa”. Według mnie niezaprzeczalnie tym mistrzem jest autor.