"Z milczącej planety" stanowi początek "Cyklu międzyplanetarnego" C.S.
Lewisa. Kolejne części to "Perelandra" i "Ta
ohydna siła". Stanowią w
zasadzie oddzielne części, chociaż czytając je we właściwej kolejności
uzyskuje
się bardziej spójny obraz sytuacji. Określana jest jako
pozycja z gatunku SF, poniekąd słusznie, bo "Milcząca Planeta" zawiera
i podróże statkiem kosmicznym, i odkrywanie nowego świata oraz jego
mieszkańców - inteligentnych obcych, w dodatku kilku inteligentnych
gatunków. Tylko że... po pierwsze - Lewis używa otoczki SF do
przemycenia treści daleko bardziej uniwersalnych, pokroju raczej
filozoficznego, czyniąc to w sposób iście genialny, nie psujący
książki, a raczej wzbogacający
ją. Po drugie, owo SF zostało napisane w
roku 1938 - co powoduje, że oparcie w nauce jest mocno nieaktualne.
Polskie wydanie książki ukazało się w 1989 roku i biorąc książkę do
ręki, w ogóle nie spodziewałem się, że trafiłem na tak "wiekowe"
dzieło. Prawdę mówiąc, spodziewałem się przyjemnych pistoletów
laserowych, napędów grawitacyjnych i przygód w kosmosie. I w miarę
czytania książki oczy otwierały mi się coraz szerzej. Nie znalazłem
napędów grawitacyjnych, ale wcale tego nie żałowałem. Na przykład opis
przestrzeni kosmicznej był zupełnie inny, niż zwykło się pisać o
próżni, był przestrzenią wypełnioną ciepłem i światłem. Nie dbałem o
poprawność i zgodność z obecną nauką, w końcu zresztą, nie było jeszcze
załogowego lotu międzyplanetarnego, a opisywane doznania były
subiektywnymi ocenami pasażera statku, więc skłonny byłem uwierzyć w
takie, bardzo przyjemne, odczuwanie próżni, przez którą się leci. To
nie naukowe tło jest w tej książce najważniejsze. Istota książki to
zestawienie "ziemskiego" światopoglądu głównego bohatera, doktora
filologii Elwina Ransoma, który czystym przypadkiem dostaje się na
pokład statku kosmicznego, ze światopoglądem obcych, zamieszkujących
odwiedzoną planetę. Takim zabiegiem Lewis uzyskuje możliwość
przedstawienia naszego systemu etycznego, zupełnie niedoskonałego i
wręcz ubogiego w zestawieniu z naturalnym rozpoznawaniem dobra i zła u
mieszkańców planety. I czyni to w sposób nie nużący czytelnika, raczej
poprzez opis różnic w zachowaniu - człowiek postępuje w sposób
naturalny dla siebie i słuszny w naszym odczuciu, podczas gdy obcy
postępuje w sposób niewytłumaczalnie naiwny - i często okazuje się, że
jego postępowanie jest bardziej adekwatne do sytuacji. Niemniej,
zostawiając na boku aspekty filozoficzne, książka ma wartko płynącą,
dobrze zarysowaną akcję. Czyta się ją przyjemnie, wręcz jednym tchem. A
po przeczytaniu daje sporo do myślenia. Warto zresztą dodać, że Lewis i
Tolkien byli dobrymi znajomymi i chociaż trylogia Tolkiena jest
nieporównywalnie bogatsza, Lewis cieszył się jednak większą sławą niż
Tolkien wśród swoich ówczesnych przyjaciół. (Nie żeby Tolkien był
bardzo zazdrosny - może tylko trochę.) Ja w każdym razie przeczytałem
pierwsze dwie części trylogii międzyplanetarnej z zapartym tchem,
książki podobały mi się bardzo. Polecam ją tym, którzy zniechęceni są
do "czystej" SF, jako dowód, że ten gatunek jest naprawdę bardzo
"nośny" i pod płaszczykiem SF może kryć się dzieło wielkiego formatu. Dodam
jeszcze, że czytałem ją jako nastoletni wyrostek i owe filozoficzne
treści nie przeszkadzały mi ani trochę zachwycać się książką. Ta
pozycja to jest coś, co trzeba przeczytać.