Było to tak niedawno....a ile to już lat....
Summary rating: 5 stars
1 Recenzja
Wizyty:
465
słów:
900
Opublikowano dnia: maja 22, 2007
Część druga
I to zdarzenie
było wstępem do mojego wypracowania.
Przez myśl przemknęło mi określenie „dżentelmen”, ciekawe,
co na ten temat mówi encyklopedia?
Z pewnością nie był
nim Mirek, przyszły inteligent, co natychmiast zauważyła nauczycielka. A więc,
chłopak będzie musiał zapoznać się ze znaczeniem tego słowa i dużo nad sobą
popracować. Od czego ma zacząć, dowie się z tej jakże niezwykłej, choć pozbawionej
fabuły książki. W niej również znajdzie informację, kto to jest nauczyciel.
Zwłaszcza, gdy jest nim kobieta.
Termin „dobre maniery”, do jakich zaczęła się odwoływać
znająca je doskonale starsza absolwentka filologii polskiej, z pewnością ma
swoją formułkę, którą należy odszukać w alfabetycznym układzie wyrazów.
Ta encyklopedia, to super pozycja. Kiedyś, wertując od
niechcenia stronice, natknęłam się na litery ułożone w treść „ciotka”. Nie
pasowało to, do siedzącej posępnej postaci w kącie klasy na poziomie wyższym,
niż cała nasza reszta. Nie było w niej nic, co by świadczyło o pokrewieństwie z
kimkolwiek z naszej grupy. Nawet po linii zainteresowań. Wszyscy byliśmy
umysłami ścisłymi.
Dlaczego pokolenia określały ją takim mianem?
Natomiast słowo „ekscentryk”,
było jakby specjalnie stworzone przez twórców językoznawstwa dla naszej, obdarzanej
przez cztery lata sympatią, pani pedagog.
Jej kończyny dolne,
utrudzone niekiedy przemarszem z pokoju nauczycielskiego do klasy, szukały
ukojenia. W odczuciu pani, najbardziej komfortowym miejscem do tego celu była
druga od góry, wysunięta szuflada. Ulokowanie w niej nóg, stanowiło mały
problem, lecz trening, czynił mistrza, a relaks był nagrodą, za podjęty trud.
Ale dzięki takim sytuacjom, słowo „monotonia”, widniejące na
którejś ze stronnic bogatej w zasób słownictwa i terminologii księgi, nie miało
miejsca w naszym klasowym zespole. Bowiem takie i inne aspekty, dodawały splendoru
nawet wtedy, gdy omawialiśmy „Krzyżaków”, czy dzieje literatury na przełomie wieków.
„Wady” i
„zalety”, są określone przez autorów encyklopedycznego wydania jako cechy dodatnie lub ujemne. Zarówno jedne jak i
drugie, posiada każdy z nas. Po prostu lepiej są wyeksponowane u kogoś, na kogo
patrzymy z boku. Trudniej nam o introspekcję.
Tym niemniej, ta, która wprowadzała nas krok po kroku w
tajniki literatury, miała przewagę cech pozytywnych.
Jestem jeszcze pod
wrażeniem spotkania po latach z naszym maturalnym rocznikiem.
Wszyscy byli absolwenci odliczyli się w 95%. Jeden kolega,
kilka lat temu, opuścił ten wymiar. Spoczywa na cmentarzu w innym mieście. W
gronie żywych, nie ma już kilku profesorów. Halinka - koleżanka, której na
egzaminie dojrzałości poślizgnęła się noga i poszła w życie nie uzyskując
takiego świadectwa, z czystej antypatii i awersji do szkoły, nie przybyła na
zjazd.
Jednak ci, którym
jeszcze dane jest zmagać się z problemami tej ziemi i mieli ochotę wspólnie się
spotkać, zaszczycili uroczystość swoja obecnością.
Wśród twarzy
szybko rozpoznaliśmy polonistkę. Tą samą, ale nie taką samą. Ząb czasu upomniał
się o swoje prawa. Nie tylko zresztą w jej przypadku.
Wszyscy, swoje pierwsze kroki skierowali w jej stronę. Łzy
wzruszenia i radości spływały po policzkach zgromadzonych. Nie ukrywała, że ta
słona wydzielina, była dla niej bezkonkurencyjną nagrodą. Nic bowiem, nie
satysfakcjonuje tak, jak wyrazy uznania i sympatii, zwłaszcza okazywane po
latach, kiedy już nie muszą być odruchem wyzwalanym z racji hierarchii, czy
podyktowane respektem. Na takie szczere uczucia, trzeba sobie zapracować.
Ona to potrafiła… . Ona – sędziwa już dziś pani profesor języka
polskiego… .
Swoją wypowiedź,
nasyconą wzruszeniem i radością, zakończyła słowami:
„…..i wierzyłam w
Was, przyszła wtedy inteligencji. Dziś wiem, że tak sięstało. Dziękuję…… .”.
Łzy i jakaś bariera,
która przyblokowała struny głosowe, zmusiły ja do zakończenia swojej
wypowiedzi.
Nie trzeba było więcej treści. Rozumieliśmy się w milczeniu.
Zupełnie inny nastrój
towarzyszył nam w tym momencie, niż kiedyś, przed laty, na lekcji języka polskiego.
Patrzyliśmy na wszystko przez inny już pryzmat. Pryzmat
czasu.
Tak wiele jej
zawdzięczamy… . Nauczyła nas operować polskim słowem, wyrobiła spojrzenie na
życie, po czasie stała się taka bliska.
Może dlatego, dla pokoleń pozostała Ciotką?
Dziś, przytaczanie dosłownie przepisywanych niegdyś
treści, miało swój sens. Nawet, gdy ktoś ściągał, musiał wysilić umysł, by
przeczytać i napisać to samo w swoim zeszycie. Tym samym wzbogacał zasób słownictwa i uczył się
interpretacji utworów.
Jeżeli takowy wysiłek podejmowało się samemu, efekt był
niewspółmierny.
Dziękujemy
Ci Pani profesor!!!!!!!!!!
Czy kiedyś
dane będzie nam się jeszcze spotkać?????????